YOACHIM: wolałbym nie myśleć o przeprowadzkach

  • Gdy spoglądam w przeszłość zdumiewa mnie wybór i determinacja tego małego Joachima, bo to zaczęło się bardzo wcześnie i nikt nie wskazał mu tej drogi, nikt też specjalnie nie  pielęgnował w nim tej pasji a jednak jakaś siła pchała go na scenę lub do starego, zdewastowanego pianina gdzie kładł pierwsze akordy – o dążeniu do celu, muzycznym kształceniu, krakowskiej bohemie i marzeniu o Berlinie w Polsce rozmawiam z Yoachimem, który właśnie wydał swój debiutancki długogrający album.

Kaśka Paluch: Pamiętam jak sto lat temu rozmawialiśmy o tym, czy do szkół muzycznych warto iść czy nie warto, jak to pomaga w rozpoczęciu kariery muzycznej i tak dalej. Pamiętam, że moje nastawienie do tego pomysłu było dość sceptyczne, wynikające ze zmęczenia stagnacyjną formułą nauczania teorii muzyki w polskich szkołach wyższych. Zdecydowałeś się na Katowice. Z perspektywy czasu, jak oceniasz ten wybór – pomogło, nie pomogło, czy w ogóle miało to wpływ? Czy zanim do Katowic, próbowałeś dostać się do krakowskiej Akademii?

YOACHIM: Z perspektywy czasu widzę, że była to w pewnym stopniu potrzeba utwierdzenia, nabrania większej pewności siebie jako artysty poprzez zdobycie wiedzy teoretycznej o kompozycji, której mi brakowało,  uznanie profesorów czy przez samo przebywanie wśród “swoich”.Działo się tak mimo, że od dawna, może nawet od dziecka powodowało mną silne przekonanie o właściwie obranej drodze, o potrzebie tworzenia czy też bycia na scenie. Wstępując w progi Akademii Muzycznej w Katowicach miałem już za sobą liceum aktorskie w Krakowie i Krakowską Szkołę Jazzu i Muzyki Rozrywkowej jednak dopiero tam na akademii dałem pierwszy konkretny wyraz swojej twórczości i możliwości artystycznych  konfrontując to z pedagogami czy studiującymi tam muzykami chociażby na koncertach semestralnych. Myślę,że była to dla mnie  największa zaleta tych studiów, ta właśnie możliwość wypowiedzenia się we własnym artystycznym języku co jak się okazało spotkało się z dużą aprobatą i wsparciem prowadzących i oceniających mnie profesorów. Nieczęsto zdarzało się to na kierunku wokalnym, żeby, ktoś występował z własną twórczością, tym bardziej  odchodzącą stylem od utartych tam gatunków jazzu, bluesa czy soulu.

Jeżeli chodzi o artystyczne aspiracje w społeczności akademickiej byłem raczej outsiderem. Nie uczestniczyłem w wyścigu na wirtuozerię. Zdecydowana większość była nastawiona na technikę, wykonawstwo i naśladownictwo swoich idoli, mnie najbardziej interesowały emocje, treść, nieograniczenie w formie i wymykanie się schematom. Idąc tam miałem nadzieję na pewnego rodzaju wyjątkową wspólnotę, “artystyczne uniesienie” wśród  studentów “wybrańców” jak z książek czy filmów jednak szybko zorientowałem się, że moje wyobrażenie nie spotka się z rzeczywistością pomijając garść  poznanych tam przyjaciół, którzy są do dziś ogromną wartością pozostałą po tych studiach. Obrałem więc własny tor.   Zdawałem na wokalistykę jazzową  bo była to dla mnie szczelina przez, którą mogłem przecisnąć się do akademii bez większej znajomości teorii muzyki, w której miałem braki poniekąd dlatego, że pochodzę z małej miejscowości i mimo, że jako młody chłopiec wykazywałem już sporą aktywność artystyczną nikt nie wpadł na to, żeby posłać mnie do szkoły muzycznej, ale kto wie, może paradoksalnie dziś moja głowa twórczo jest przez to bardziej otwarta a może gdybym od dziecka obcował z nutami i zasadami orkiestracji pisałbym dziś bardziej w świecie muzyki “klasycznej” czy filmowej bo taka właśnie muzyka towarzyszyła mi w dzieciństwie najbardziej i budowała moją wyobraźnię muzyczną co ma ogromny wpływ na to co robię dziś. Myślę, że w komponowaniu warsztat jest istotny ale najwięcej nauczyłem się jednak słuchając muzyki i to w dużej ilości, i w różnych gatunkach. Studiowałem wokalistykę ale nie nazywam się wokalistą, piosenkarzem. Uznaję swój wokal za jeden z moich instrumentów, środek wyrazu tak jak i tekst. Tworząc myślę o prawdzie i emocjach zawartych w tym jednym wspólnym dźwięku utworu.

Przy okazji bardzo dużo ogarniasz sam, bez wsparcia dużych wytwórni i marketingu. Czy autopromocja nie zabiera cennego czasu na pisanie i nagrywanie?

To zmora, którą najchętniej  ominąłbym szerokim łukiem ale dopóki nie znajdę kompetentnych i zaufanych ludzi, którzy mnie w tym wyręczą będę musiał się z tym zmagać. To trudna i wycieńczająca kwestia dla artystów, tym bardziej w Polsce. 

Pozbyłbyś się niezależności jaka płynie z braku związania z dużą wytwórnią za więcej czasu… dla siebie? 

Kwestie promocyjne i organizacyjne zabierają mi cenny czas, spokój i radość z tej pasji, więc myślę, że dziś po wydaniu w trudzie pierwszej płyty byłbym w stanie przystać na pewne kompromisy, ale nie za wszelką cenę. To musi być nieskrępowane, prawdziwe, to muszę być Ja.

Znamy się z Krakowa, ale Twoje ścieżki z tym miastem się już rozeszły. Co jednak Kraków, jeśli w ogóle, Ci dał?

Pochodzę z małej miejscowości w Wielkopolsce, gdzie wychowywałem się bez rodziców. Wspominam o tym fakcie, bo gdy spoglądam w przeszłość zdumiewa mnie wybór i determinacja tego małego Joachima, bo to zaczęło się bardzo wcześnie i nikt nie wskazał mu tej drogi, nikt też specjalnie nie  pielęgnował w nim tej pasji a jednak jakaś siła pchała go na scenę lub do starego, zdewastowanego pianina gdzie kładł pierwsze akordy. Dziś myślę, że był i chyba wciąż jest to jego sposób na poradzenie sobie z tą przedwczesną utratą rodziców i towarzyszącą jej wieczną tęsknotą, która rozlała się na całe jego życie. W wieku 15 lat  stanąłem przed wyborem liceum i tak jakimś cudem, po licznych perturbacjach trafiłem do Krakowa, i to do liceum aktorskiego czyli do kompletnie innej wówczas dla mnie rzeczywistości. Miałem do czynienia z prawdziwymi artystami, sztuką, literaturą i zupełnie inną mentalnością a miasto w pierwszym momencie  było dla mnie wizualnym szokiem jakbym  nagle z kompletnej wsi znalazł się w Nowym Yorku. Niewątpliwie w Krakowie kształtowała się moja osobowość a artystyczna aura tuliła poczucie, że jestem we właściwym miejscu ze swoimi pasjami. Jednak Kraków to także jak pisała Kora “Ocean Wolnego Czasu” a ocean jest piękny i niebezpieczny. Nie ominął mnie  hulaszczy i leniwy  tryb życia, któremu to miasto bardzo sprzyja. Dni i noce spędzone w kawiarniach, pubach, klubach w towarzystwie naszej małej “bohemy”, która to w tej atmosferze rozpływała się wspólnie w poczuciu, że za chwilę stworzy coś wielkiego jednak więcej w tym było wizji niż działania. Nadszedł więc czas ucieczki, i ratunku przed kompletnym rozmyciem. Skupienie i stabilniejszy  tryb pracy znalazłem w naturze a potem w metropolii. Swój pierwszy mini album ukończyłem w lesie, w górach w Beskidzie Śląskim a debiutancki album MELT w Warszawie. Nie żałuje ani chwili spędzonej w Krakowie, żyłem tam prawie 10 lat, poznałem masę ciekawych ludzi, przyjaciół. Intensywnie przeżywałem tam swoje pierwsze romanse i na pewno miało to wpływ na mnie i moją twórczość. Dziś wracam tam chętnie i z dużym sentymentem, ale tylko na kilka dni (uśmiech). 

Współpracowałeś już z artystami z Berlina. Tam dziś jadą wszyscy, którzy potrzebują wolności i przestrzeni na artystyczny rozwój. Przeszło Ci to przez myśl?

Tak, myślałem o tym kilka razy a kiedyś bardzo intensywnie po moim występie podczas święta mody Berlin Alternative Fashion Week gdzie w przepięknej scenerii halle am Berghain wykonywałem swój  utwór “Melt” podczas pokazu kolekcji Edyty Jermacz o tym samym tytule. Ludzie, atmosfera i odbiór mojej muzyki była tak cudowna, że po powrocie miałem poczucie, że nie żyję we właściwym miejscu, że powinienem być tam albo jeszcze gdzieś indziej i to poczucie czasem wraca i zaraz gaśnie może kiedyś stanie się jakąś konkretną decyzją. Istotną kotwicą jest tu też  dla mnie obecność, bliskość moich najbliższych. Tymczasem pracuję nad nową płytą, która będzie miała w sobie więcej niż poprzednio polskich tekstów, będzie dość intymna więc siłą rzeczy lepiej żeby wydała plon na rodzimej ziemi. Pracując z zagranicznymi producentami i wytwórniami spotykam się z szacunkiem,  otwartością i zainteresowaniem na nowe nieskrępowane, artystyczne spojrzenia. Tego wciąż w dużym stopniu brakuje w Polsce. Wydaje i promuje się rzeczy już sprawdzone, a myślę, że Polska publiczność się rozwinęła i potrzebuję czegoś więcej, patrząc chociażby na masową obecność na dużych festiwalach gdzie często line up wypełniony jest artystami z wysokiej półki. Reasumując wolałbym nie myśleć o przeprowadzkach i spokojnie tworzyć i godnie żyć w tym pięknym kraju.

Jaki masz feedback od swoich słuchaczy, jacy są fani muzyki Yoachima?

To z pewnością ludzie uwrażliwieni. Łączy nas jakiś wspólny mianownik. Widzę to w wiadomościach , które od nich otrzymuję lub po tym co  mówią mi osobiście po koncertach. Ze zdumieniem i przyjemnością czytam, słucham o tym co robi im dany utwór, jak dociera do Ich wnętrza jak “przenosi ich w jakiś inny wymiar” albo jak daje im nadzieję i pozwala przetrwać trudny czas. Piszę o tym co przeżywam, o rzeczach, które dotyczą mnie bezpośrednio ale przecież są to tematy uniwersalne, które dotyczą każdego z Nas. Nasze losy są podobne ale jednocześnie tak oryginalne bo własne i od tego jesteśmy my, “Opowiadacze” jak nazywał artystów Krzysztof Kieślowski, żeby w tej relacji ze słuchaczami czasem wypowiadać coś czego sami nie mogą wypowiedzieć nawet samym sobie. Piszę szczerze i emocjonalnie i tym bardziej cieszy mnie to zrozumienie ze strony słuchacza. Pytany o gatunek, w którym dziś tworzę choć nie lubię wpisywania tego w jakiś jeden konkretny odpowiadam z uśmiechem “Smutne Disco” bo łączę tym określeniem  beat, elektroniczne brzmienia z liryką wprost ze mnie. Ta forma, gatunek za pewne będzie się zmieniać, najistotniejsza jest dla mnie treść i ten właśnie ładunek emocjonalny i cieszę się ogromnie, że ta istota dociera do mojego odbiorcy. 

fot. Jacek Narkielun / materiały prasowe

electro, kraków, wywiad, yoachim