Smutne disco w Progresji

Jedna palma na rondzie de Gaulle’a to trochę za mało, żeby osłodzić warszawiakom jesienną aurę. Zwłaszcza, jeśli listopad hula za oknem w najlepsze. Z posiłkami do stolicy postanowił więc zawitać angielski kolektyw Jungle w pełnym koncertowym składzie, aby na jeden wieczór stworzyć najprawdziwszą (nomen omen) dżunglę pełną jasnych, ciepłych i przebojowych dźwięków.

Gdybym miał prowadzić mój własny muzyczny katalog, kawałki Jungle trafiłyby na półkę o nazwie „Smutne disco”. Brzmi dość kuriozalnie, ale brytyjski skład działa na zasadzie wielu paradoksów. To najwyższej klasy pop, który podszyty jest jednak sporą dawką melancholii; to odwołujący się do najlepszych tradycji funk, ale świetnie sprawdza się do odsłuchu w pozycji horyzontalnej na kanapie/łóżku/w hamaku (niepotrzebne skreślić). Dlatego tym bardziej byłem ciekaw, jak to wszystko prezentuje się na żywo. Kiedy pierwszy raz trafiłem na koncert Jungle (a było to trzy lata temu) okazało się, że wypada to więcej niż dobrze, a radość z grania łatwo przenosiła się ze sceny na zebraną pod nią publikę. Wówczas mój jedyny zarzut dotyczył faktu, że brakowało mi trochę przełamania tej skrupulatnie wyliczonej formuły. Spójność, która była jedną z największych zalet debiutanckiej płyty, na żywo mogła sprawiać wrażenie zbyt aptekarskiej precyzji.

Po trzech latach od tamtego koncertu z pomocą przybywa nowy materiał i kolejna trasa koncertowa. I tu kolejny paradoks: „For Ever” ustępuje pola swojemu poprzednikowi niemal na każdym polu, a wielu uważa tę płytę za duży krok wstecz w dyskografii zespołu. Jednak nawet jeśli odbieramy nowy materiał w kategoriach rozczarowania, to w wydaniu koncertowym okazuje się być tym brakującym puzzlem, który pozwala zespołowi w trakcie koncertu odbijać w różne rejony, nie tracąc przy tym tego, co najważniejsze: przedniej zabawy i czystej, audiofilskiej przyjemności.

To był przede wszystkim niezwykle pozytywny wieczór, pełen luzu, frajdy i radości. Nie mogło być inaczej, skoro na wejście dostajemy utwór zatytułowany „Smile”. Jeszcze pozytywniej robi się przy kolejnym w stawce „Heavy California”, a gdy następnie na podbicie zafundowano nam „Heat” i „Julia” nie miałem już wątpliwości, że będzie to jeden z najlepszych gigów jesieni. Materiał z obu płyt jest prezentowany mniej więcej po równo, a setlista jest bardzo dobrze pomyślana. Dość szybko płyną kolejne single z ostatniej płyty: „Happy Man” i „Cherry, ale climax następuje przy moim absolutnym faworycie z „For Ever”, jakim jest „House in LA”. Kawałek wydaje się dość trudny do zbudowania na żywo, ale okazuje się, że w wersji koncertowej ma tak naprawdę wszystko: klimat, ciepło i dramaturgię. Na podwójny bis mogły się złożyć tylko „Busy Earnin’” oraz „Time”, odegrane nieco na autopilocie, ale w przypadku takich samograjów nie trzeba zbyt wiele kombinować.

Poszczególne kawałki grane w trakcie tegorocznej trasy nie różnią się zbytnio od swoich studyjnych pierwowzorów. Nie oznacza to jednak, że są po prostu odegrane. To, co biło ze sceny praktycznie od pierwszych taktów „Smile”, to poczucie frajdy i zabawy, ale też doskonałego zgrania między członkami kolektywu. Osobne ukłony należą się jednak drugiej stronie tego przedsięwzięcia, a mianowicie zebranej tego wieczoru publice. Z Warszawą nigdy do końca nie wiadomo na co trafimy, ale najwyraźniej fani Jungle nie mają najmniejszych problemów z zagrzewaniem ulubionego zespołu do walki. Tak ciepłego przyjęcia nie widziałem już dawno, a najlepsze jest to, że z utworu na utwór interakcja na linii scena-widownia prezentowała się tylko lepiej.

Jungle na żywo świetnie podsumowuje co drugie zdjęcie, jakie widzę w trakcie tegorocznej trasy. To, co widzimy na scenie to mnóstwo ludzi, z których każdy jednak dzielnie trwa na swoim posterunku; złote, ciepłe światło, które grzeje niczym kalifornijskie słońce oraz energia, która bije na wszystkie strony. Nie spodziewałem się, że wyjdę z Progresji tak ukontentowany, ale wprost uwielbiam takie zaskoczenia. Parafrazując tekst jednego z zagranych tego wieczoru kawałków, na chwilę po zejściu muzyków ze sceny miałem ochotę śpiewać: „I miss you”. Mam nadzieję, że ekipa z Jungle nie będzie kazała nam zbyt długo na siebie czekać. 

Rafał Maćkowski

jungle, koncert, progresja, relacja