Dzikie tańce na rozgwieżdżonym niebie. Tunnelvisions „The Celestial Ritual” [RECENZJA]

Wytwórnia Atomnation, w której katalogu znajdziecie między innymi Gidge, Applescal, Olafa Stuuta czy Saua Polera – jawi się jako jeden z najsmakowitszych zakątków sceny muzyki elektronicznej. Nieoczywistej, oryginalnej, pomysłowej. Wyjątkowo trafiają w moje gusta, dlatego z uporem maniaka lansuję artystów Atomnation od kilku lat i na łamach „osiemdziesiątki” i, dawniej, na falach radiowych. Nad Gidge przy okazji ich debiutu roztkliwiałam się niemal histerycznie, a dziś podobnie mam z nową płytą Tunnelvisions. Choć ich propozycja zdecydowanie bardziej pasuje do bujania się na parkiecie niż namiętnego rozbudzania melancholii w domowym zaciszu, to emocje są nie mniejsze.

Tytułem wstępu. Tunnelvisions to holenderski duet, którego „The Celestial Ritual” jest drugim albumem. Kontynuują na nim pomysły z debiutu, czyli tworzenie albumu koncepcyjnego i choć stylistycznie zróżnicowanego, to jednak związanego nicią dosyć luźno rozumianej etniczności. Mam na myśli wykorzystywanie brzmień instrumentów, melodyki czy rytmiki kojarzącej się chociażby z tradycyjną muzyką Czarnego Lądu albo rdzennej amerykańskiej ludności. Zresztą właśnie do tej drugiej grupy odwołuje się najnowsza propozycja Tunnelvisions. „Po wydaniu debiutanckiej płyty czuliśmy, że w baku mamy więcej” – tłumaczą sami artyści – „Kochaliśmy tę płytę, ale już podczas ostatnich jej szlifów mieliśmy właściwie gotowy koncept na kolejny album”.

Między premierą „Midnight Voyage” i najnowszej płyty, Tunnelvisions trochę podróżowali z setami didżejskimi. I to dodatkowo, co sami przyznają, pozwoliło im na małe eksperymenty z „innymi tempami i intensywnościami”. Stąd zapewne tak duże zróżnicowanie stylistyczne nowej płyty, a mówimy o zróżnicowaniu nawet w granicach jednej produkcji. Przykładowo pierwsze dźwięki „Ottokar’s Sky” to klasyczne, suche jak przedwczorajsza bułka techno, które stopniowo rozwija się w formułę soczystego, napompowanego adrenaliną house’owego numeru. „Coś do potańczenia z zamkniętymi oczami” – piszą Tunnelvisions. Hell, yeah.

„Khan’s Mantra” miesza w sobie cechy world music z transowym brzmieniem drumli wijącym się jak złota nić w strukturze produkcji z klimatem skandynawskiej elektroniki spod znaku Royksopp. „Mosu’s Grain” to z kolei trochę klasycznego deep house’u, trochę disco i delikatne transowe elementy. Słowem, „The Celestial Ritual” to jedna kuchnia z tysiącem różnych sosów.

Czy to jest jakoś specjalnie oryginalne? Niekoniecznie, bo sięganie do różnorodnych stylistyk w obrębie szeroko rozumianej muzyki klubowej jest ostatnimi czasy dosyć typowe (niedawno z tego samego powodu zachwycałam się muzyką Dusky). Co jednak u Tunnelvisions jest wyjątkowe, to ich dodatkowe czerpanie z muzyki świata, a w tym przypadku rdzennej amerykańskiej ludności, bo „The Celestial Ritual” opowiada historię jedenastu indiańskich wodzów, od których imion nazwano gwiezdne konstelacje. „Co roku, kiedy drzewa tracą swoje liście a dni ustępują miejsca nocom, wodzowie spotykają się, by odbyć święty rytuał obłaskawiający kolejny rok” – to historia opowiedziana na płycie. Szczegółów rytuału Tunnelvisions nie opisują, ale wnosząc po ich muzyce – impreza jest tam gruba. Przyjdźcie koniecznie, bo ja tańczę już drugi dzień.

Kaśka Paluch

atomnation, house, techno, tunnelvisions