Beth Gibbons, fot. Adam Różański

Taką relację chciałem napisać zawsze. Relację z koncertu jednej z moich ulubionych grup tu, nad Wisłą (no dobra, ściślej rzecz ujmując: nad jeziorem Malta), z polską publicznością, atmosferą występów z jej udziałem i całą masą oczekiwań, radości, napięcia.

Pierwsza wizyta trio: Beth Gibbons, Geoff Barrow, Adrian Utley w naszym kraju to dla mnie prywatne zwieńczenie circa about 10-letniej fascynacji najważniejszymi formacjami bristol soundu i uzupełnienie mojej koncertowej aktywności o jeden bardzo ważny puzzel o nazwie Portishead.

Beth Gibbons, fot. Adam Różański

Tak naprawdę mogłem napisać ten artykuł jeszcze przed samym setem. To znaczy, wydawało mi się, że mogłem. Teoretycznie mam świadomość koncertowych możliwości Portishead, wiem, jaki przygotowali repertuar na tegoroczną trasę (a w zasadzie kontynuację trasy promującej „Third”), a płytę z Roseland znam niemal na pamięć. A jednak to, jakie emocje wyzwala możliwość zetknięcia się z muzyką tego zespołu na żywo, przechodzi najśmielsze oczekiwania. I taka też będzie ta relacja: bardzo emocjonalna. Innej nie potrafiłbym ułożyć, za co z góry przepraszam.

Kolejne odwiedziny na poznańskiej Malcie to tylko podróż sentymentalna? Otóż nie, ponieważ na 6 lipca zaplanowano koncert jeszcze jednej gwiazdy: amerykańskiej formacji Fleet Foxes, której udało się przedłużyć swoje 5 minut po debiucie z 2008 roku za sprawą drugiego albumu i związanej z nim trasy. Nie wiem, czy to zasługa sprzyjających okoliczności i urokliwej lokalizacji nad maltańskim jeziorem, ale koncert jednej z topowych alternatywno-folkowych (zwał jak zwał) formacji młodego pokolenia należy uznać za bardzo udany. To, co najcenniejsze, to skuteczne przegonienie przez muzyków chmur hype’u, które zbierały się nad ich głowami. Skład pod wodzą Robina Pecknolda zaprezentował nienachalny, czasem rzewny, czasem sielski program, na który złożyły się zarówno kompozycje z „Helplessness Blues”, jak i wcześniejszych wydawnictw. I to w słusznej ilości. Wrażenie robił nie tylko klimatyczny wokal głównego bohatera i wtórujących mu kompanów (panowie świetnie brzmią przy chóralnych zaśpiewkach), ale też masa instrumentów przewijających się przez scenę: od wszelkiej maści gitar, mandolin, poprzez fortepian, kończąc na kontrabasie i saksofonie. Dzięki temu otrzymaliśmy cały szereg dobrze zaaranżowanych i zagranych z pasją numerów. Tak piękne piosenki jak chociażby „Blue Ridge Mountains” z zachodzącym słońcem w tle nadały koncertowi ogromnego uroku, rozleniwiając i poniekąd usypiając naszą czujność przed prawdziwą muzyczną eksplozją, która miała dopiero nadejść.

Na set Fleet Foxes złożyły się następujące utwory: The Cascades / Grown Ocean / Drops In The River / Battery Kinzie / Bedouin Dress / Sim Sala Bim / Mykonos / Your Protector / Tiger Mountain Peasant Song / White Winter Hymnal / Ragged Wood / Lorelai / Montezuma / He Doesn’t Know Why / The Shrine/An Argument / Blue Spotted Tail / Blue Ridge Mountains / Helplessness Blues.

Nieco po 22:00, przy bardziej wieczornej aurze wystąpili ci, których jeszcze w trakcie swojego występu przywoływał wokalista Fleet Foxes: Portishead. Na żywo szeregi zespołu zasila jeszcze trójka dodatkowych muzyków. Wszyscy pojawiają się na scenie przy dźwiękach intro i w trakcie wyświetlania logo grupy, charakterystycznego „P”. Z tego wszystkiego wyłania się po chwili sprawdzony na trasie otwierający stawkę „Silence”. Przyjęty o tyle ciepło, że wszystkim udzielił się entuzjazm związany z początkiem setu i pierwszą demonstracją absolutnie bezbłędnego wokalu Beth Gibbons. Cały band zaczął od bardzo agresywnego i bezkompromisowego brzmienia, które straciło rozpęd przy drugim w kolejce, o wiele spokojniejszym „Hunter”. Zgodnie z charakterem trasy piosenki z „Third” to aż połowa setlisty. Jako osoba, która po dziś zachowała wobec albumu sporo rezerwy, nie widziałem w tym jednak wystarczającego powodu do narzekań. Poza wspomnianym wejściem później serwowano już najlepsze fragmenty z trójki, a pomysły na koncertowe wersje niektórych z nich przyprawiały o zawrót głowy.

Portishead, fot. Adam Różański

Dla mnie (i pewnie wielu z Was) właściwe otwarcie rozgrywki nastąpiło, gdy usłyszałem pierwsze dźwięki „Mysterons”. Jeden z absolutnych kilerów w historii trip-hopu w swojej końcowej, instrumentalnej partii brzmi niesamowicie psychodelicznie i wciąż porywa. Nie za bardzo wiem, kiedy przez setlistę przemknęło „Sour Times”, zagrane bez większego spinania się i przetasowań aranżacyjnych. Nie spodziewałem się natomiast, że jednym z najbardziej poruszających momentów będzie wykonanie innej piosenki z „Dummy”. „Wandering Star” w oszczędnej aranżacji na dwie gitary i głos Beth to przykład jak przy minimum środków osiągnąć maksimum wyrazu. Zamykająca utwór wokaliza Gibbons wciąż tkwi z tyłu mojej głowy.

Potem było już tylko mroczniej. Przyszła bowiem pora na „Machine Gun”. Jego motoryczny rytm i napastliwość dźwięku jednych wprawiła w osłupienie, innych zachęciła do tańca (autentycznie). Z tego transu wyrwało nas dopiero wschodzące na wizualizacji słońce, które zwiastowało rychłe zaprezentowanie kolejnego evergreena w postaci „Glory Box”. Nie jestem w stanie do końca opisać, co się ze mną wtedy działo, ale wiem, że był to jeden z najpiękniejszych momentów wieczoru. Za sprawą świetnej solówki Adriana Utleya i rzecz jasna samej Beth Gibbons. Pomyślcie, ile razy ta kobieta śpiewała już „Give me a reason to love you”, a wciąż brzmi tak, jakby od tego zależało jej życie. Coś niesamowitego.

Ciąg dalszy psychodelicznych klimatów przynoszą „Cowboys” i „Threads”, zaś kolejne wzruszenie wieńczące główną część „Roads”. Końcowa partia Beth i jej „How can it feel, this wrong” to moment chyba największego skupienia publiki w trakcie całego koncertu. Skupienia połączonego z bardzo ciepłym przyjęciem i ogromnym entuzjazmem. Starczyło go, aby wywołać zespół na zagranie jeszcze jednego numeru, „We Carry On”. Na jego koniec warstwa muzyczna zeszła na dalszy plan, ponieważ Beth Gibbons, wyraźnie urzeczona atmosferą wieczoru, zdjęła odsłuch i zeszła do publiczności, aby się z nią pożegnać.

Komplementów co do niebywałych wręcz umiejętności wokalistki Portishead mogłoby nie być końca, ale warto również podkreślić wysiłek całego zespołu. Muzycy potrafili wytworzyć niepowtarzalną, gęstniejącą atmosferę, pełną niepokoju i psychodeli, ale również wzruszających akcentów. Materiał prezentowany na trasie jest wyjątkowo drapieżny, gitarowy. Zespół w wielu momentach rezygnuje z klasycznej zabawy samplami za stołem mikserskim. Najlepiej widać to po udziale Geoffa Barrowa, który wolał zabawę instrumentami perkusyjnymi niż djskie popisy.

Wieczór zaprezentował się naprawdę solidnie także od strony technicznej. O ile przy mocniejszych uderzeniach basu na Fleet Foxes traciliśmy sporo z przyjemności słuchania, tak nagłośnienie na samym Portishead funkcjonowało już bez najmniejszego zarzutu. Było selektywnie, z właściwą ekspozycją głosu Beth. Dobre wrażenie wywiera również oprawa. W zależności od piosenki na telebimach prezentowano wizualizacje nawiązujące do teledysków zespołu („The Rip”, „Numb”) lub prezentowano poczynania poszczególnych muzyków w odpowiednio podrasowany sposób.

Jest jeszcze jedna, według mnie istotna refleksja dotycząca tego koncertu. Mianowicie, nie czuło się jakiejś nabożności ani polskiego kompleksu, że oto do naszego kraju zawitał długo oczekiwany gość. Atmosfera wieczoru była wyśmienita. Chociaż Portishead grają bardzo bezkompromisowo i mrocznie, to jednocześnie dali się poznać jako bardzo przyjacielski zespół, który do złapania właściwego poziomu koncertowych obrotów potrzebuje sprzężenia zwrotnego. Bo na najlepsze występy składa się zarówno to, co dzieje się na scenie jak i pod nią. Na szczęście, przy każdym z tych aspektów mogliśmy tego wieczoru postawić duży plus. Występ Portishead w ramach festiwalu Malta to murowany kandydat do koncertu roku.

Rafał Maćkowski

A oto setlista Portishead:
Silence
Hunter
Mysterons
The Rip
Numb
Magic Doors
Sour Times
Wandering Star
Machine Gun
Over
Glory Box
Nylon Smile
Cowboys
Threads
Roads

a na bis: We Carry On

Pełną FOTORELACJĘ znajdziecie na naszych stronach.