Duke Dumon „Duality” [RECENZJA]

Wprawdzie sentymentem darzę „Need U (100%)”, ale i tak nie przypuszczałam, że na nową płytę Duke’a Dumonta będę czekać podjarana jak, nie przymierzając, kuna w agreście. Wszystko za sprawą dwóch singli jakimi zapowiedział „Duality”. „Therapy”, który zabiera w podróż w czasie na dancefloory lat 90., jednocześnie w tekście poruszając zaskakująco poważny temat. Drugi to „Love Song”, który z kolei przywołał uwielbiany przeze mnie „I Love You So” Cassiusa. 

A zatem rave’owe szaleństwo o miłości do bólu i francuski house przyciągnęły mnie do „Duality”. Później jeszcze, dwa tygodnie przed premierą całości, pojawił się „Let Me Go” z RY X, łączący charakterystyczny dla Ry X-a styl rozśpiewanej elektroniki, coś pomiędzy Ólafurem Arnaldsem i Moderatem. Można było więc spodziewać się płyty, która w równym stopniu wzruszy i rozbawi, która przywoła sentymenty, ale sięgnie też głęboko do tak dziś modnego przecież „emocjonalnego techno”. I to wszystko od gościa, który napisał „Swish Swish” Katy Perry z Nicki Minaj?

Nie ma w tym nic dziwnego, bo Duke Dumont ma za sobą wiele lat doświadczenia – nie tylko w remiksowaniu popowych przebojów i występowaniu na największych festiwalach muzyki tanecznej. Współpracował z Defected Records, którzy w swoim katalogu goszczą też m.in. Rogera Sancheza i Boba Sinclaira, ale też prze-popularnych dziś CamelPhat. Jego debiutancki album – bo „Duailty” to pierwszy długogrający krążek producenta – jest jakby kolekcją tych wszystkich doświadczeń, inspiracji i wpływów. Na traciliście znalazł się wydany już w 2015 roku „Ocean’s Drive”, słychać więc, że płyta powstawała długo. Jest więc zróżnicowana, to fakt, trudno jednak wyczuć nierówności. Dobrze słyszalne jest za to doświadczenie w graniu didżejskich setów (w zeszłym roku zagrał ich 150), bo potrafi przyciągnąć i utrzymać uwagę słuchacza od pierwszego do ostatniego dźwięku płyty.

A zatem nawet jeśli nazwisko Dumonta kojarzy wam się przede wszystkim z „obleśną komerchą”, warto dać mu szansę, choćby dla tych dwóch numerów z pierwszego akapitu. Które zamieszczam w tym tekście, żebyście nie musieli daleko szukać.

duke dumont, house