Hybrid: o czym śnili uczniowie szkół muzycznych w 1999 roku

To musiał być rok 1999 albo 2000, kiedy po godzinach spędzonych w szkole muzycznej próbowaliśmy zostać gwiazdami sceny szeroko pojętej muzyki elektronicznej, dłubiąc kolejne techno tracki na programie ReBirth RB-338. Kolega miał Napstera, więc dostarczał nam często rzeczy o jakich nie mogliśmy nawet śnić, a był to czas kiedy ogromny był głód nowej muzyki, elektronicznej, nadal jeszcze wtedy przez ogół chowanej pod parasolem „techno”, które to pojęcie natrętnie mylono w najlepszym razie z transem, w najgorszym – z hard dancem. A my potrzebowaliśmy prawdziwego techno, ale najbardziej potrzebowaliśmy breakbeatu i drum and bassu, bo to była ich złota era, skwapliwie spijaliśmy więc z Napstera każdą nową nutkę.

Prosto z Moskwy

Wśród tych napsterowych katalogów zaplątał się obco wtedy brzmiący tytuł Hybrid i jakiś ich 90-minutowy mix na żywo, którego nazwy nie mogę sobie przypomnieć, ale wydaje mi się, że to mógł być nawet continuos mix z ich debiutanckiego albumu. Usłyszałam soczysty break wymieszany z pięknym symfonicznym brzmieniem, nie pochodzącym w żadnym wypadku z sampli, ale od prawdziwej rosyjskiej orkiestry. „Cinematic breaks”, można by powiedzieć. Dla uczniów szkoły muzycznej w tamtym czasie to było jak objawienie albo błogosławieństwo – nagle nasza fascynacja elektroniką została w jakiś sposób legitymizowana. Poza tym muzyka Hybrid miała piękne, nowoczesne brzmienie oraz była świetnie skomponowana.

O tym myślę dziś słuchając jednego z dwóch singli promujących ich nadchodzący album „Light of the Fearless”. W klipie promującym „Light Up” widzimy zupełnie tradycyjny skład zespołu. Do tego obrazka można by podłożyć właściwie każdy rodzaj brytyjskiej muzyki, choć ze względu na image perkusisty a la Public Ltd, najlepiej chyba byłoby podłożyć tam brytyjski punk rock. Ale oni grają drum and bass, na żywo, z wokalem. W stylu całkiem klasycznym, niemniej, wprowadzane tu i ówdzie niuanse, zdradzają, że artyści wykonujący ten numer mają na temat kompozycji solidną wiedzę i nie szukają drogi po linii najmniejszego oporu. Post-chorus wypełniają nowymi motywami i brzmieniami, każda zwrotka to jakieś delikatne zmiany, bridge mógłby właściwie funkcjonować jako osobny utwór, ze wszystkimi swoimi zmianami tempa, harmonicznymi i motywicznymi. Ponadto, brzmienie Hybrid cd zawsze charakteryzuje się niekoniecznie radosnym usposobieniem, więc i tu panuje raczej miękki moll (albo miękki dur, jak tam sobie chcecie). 

Napięcie budowane bez końca

„Light Up” zwiastuje zaplanowany na 27 lipca pierwszy po ośmioletniej przerwie album Hybrid i pomijając zdecydowanie radiowy singel, wszystko wskazuje na to, że Brytyjczycy powrócą w takiej formie, jaką ich psychofani lubią najbardziej. Słowem, będzie rozmach, tąpnięcie i klasyka. Wiem to, bo „We Are Fearless” – drugi z singli zwiastujących płytę – napisany jest już w wagnerowskiej niemal dynamice. Mrok, orkiestra, wokal przebijający się przez mnóstwo dźwięków i ten przekaz: niczego się nie boimy. Charlotte Truman, wiolonczelistka i wokalistka, połowa duetu, którym Hybrid dziś jest, w zapowiedzi płyty mówiła o trudnych doświadczeniach z problemami natury mentalnej, które funkcjonują jako tło warstwy lirycznej płyty. „Zależy mi na tym, żeby słowa tu miały znaczenie” – mówi artystka. To kolejna cecha charakterystyczna muzyki Hybrid, odróżniająca ich propozycje od niemal całej reszty breakbeatowych tworów, które funkcjonują raczej na zasadzie ona-musi-coś-śpiewać-więc-niech-to-będzie-cokolwiek-byle-nie-alfabet. „We Are Fearless” sprawia wrażenie utworu, który buduje się bez końca. Konstrukcję ma dość tradycyjną – jest potęgowanie napięcia, jest rozładowujący je drop, ale ciężar emocjonalny jakby jeszcze się wzmaga, bo z każdym kolejnym taktem pojawiają się nowe dźwięki, nowy bit, nowy motyw. To wszystko wchodzi tak głęboko i tak intensywnie,  aż uruchamia produkcję adrenaliny. Jeśli wystąpią z tym na żywo – a mam nadzieję, że tak i mam nadzieję, że ja tam będę – widzę to z wizualizacjami wypalającymi oczy.

Debiutancki album nagrany we współpracy z Rosyjską Orkiestrą Federalną Hybrid wydali w 1999 roku. Wtedy zespół tworzył Mike Truman (będący liderem grupy do dziś) z Chrisem Healingsem i wspierającym ich Lee Mullinem. Mroczne, symfoniczne brzmienie wymieszane z elektroniką wkomponowało się idealnie w gusta rozbudzone popularnymi w tym czasie Massive Attack i całą resztą triphopowej zgrai, więc dwa single – w tym ich opus magnum „Finished Symphony” (czy tytuł ma związek z massivowym „Unfinished Sympathy”? Nie wiadomo) – wylądowały na brytyjskich listach przebojów. Do szerszej świadomości odbiorców Hybrid trafili chyba jednak przede wszystkim po tym jak Moby zaprosił ich do supportowania swojej trasy. Debiut cieszył się generalnie uznaniem krytyków, choć nie wszystkich – recenzent „Rolling Stone” traktował propozycję Hybrid jako radośnie-niepoważną, większość piszących jednak oceniało „Wide Angle” dobrze lub bardzo dobrze. John Bush z „All Music” doszukał się nawet w powolnych, długonutowych partiach orkiestry wpływów Henryka Mikołaja Góreckiego. Rzeczywiście, „Finished Symphony” można uznać jako oparte na motywie z 3. Symfonii polskiego kompozytora.

Od początku istnienia balansowali na granicy szeroko pojmowanej muzyki tanecznej i symfonicznej, filmowej. Być może dlatego po opublikowaniu kolejnych trzech albumów w odstępach trzy-cztero letnich przyszedł czas na ośmioletnią przerwę i skupienie uwagi na soundtrackach oraz produkcji. Hybrid nigdy też nie zatrzymali się w swoich pomysłach, bo choć zaczęli od breakbeatu kolejne studyjne wydawnictwa nurzały się już głęboko także w transie a zwłaszcza progresywnym housie, szczególnie wtedy, gdy do grupy dołączył wokalista Adam Taylor.

Era utworów, które przetrwają

Wraz z albumem „Disappear Here” nadeszła jednak era Charlotte James, dziś – Truman. Wraz z pojawieniem się obecnej partnerki życiowej i zawodowej lidera Hybrid, zespół otworzył w swojej twórczości nowy rozdział. Utwory nabrały charakteru bardziej piosenkowego, warstwa liryczna zaczęła mieć równoprawne znaczenie z resztą elementów dzieła. „Ta płyta oferuje o wiele więcej niż zdołaliśmy napisać wcześniej” – komentował wtedy pojawienie się Charlotte w szeregach Hybrid Chris Healings – „Ona pochodzi z tego piosenkowego, songwriterskiego świata i poważnie zainspirowała nas do napisania czegoś opartego bardziej na bazie piosenki. Zatem nasza muzyka dziś zdecydowanie odzwierciedla pragnienie bycia zespołem, ale silnie zakorzenionym w muzyce tanecznej” – dodał Healings. 

Dziś już bez Healingsa, Mike i Charlotte stawiają kolejny krok naprzód i zapowiadają album w stylistyce silnie opartej na symfonicznym brzmieniu, ale z wyraźnymi elementami – jak sami mówią – „ich nastoletnich fascynacji”: funku, soulu, drum and bassu i muzyki filmowej. Dużo wskazuje więc na to, że Hybrid zabiorą nas w podróż sentymentalną, może więc chcą zrobić ukłon w stronę tych uczniów szkół muzycznych, którzy w 1999 roku ślinili się do „Wide Angle”? Oby.

Tagi: , , , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *