Tauron Nowa Muzyka 2017: jakość wzrasta

Festiwal Tauron Nowa Muzyka w odróżnieniu od innych (skąd inąd znakomitych) festiwali w Polsce skupia się na prezentowaniu tego, co we współczesnej muzyce najświeższe i najciekawsze. Omijając sfery szeroko pojętego mainstreamu impreza kładzie nacisk na stylistyczne urozmaicenie i różnorodność.

Dwunasta edycja imprezy ponownie wpisała się w ten nurt gromadząc aż sześćdziesięciu pięciu artystów na ośmiu scenach. Takiego wyniku nie miała chyba żadna z dotychczasowych edycji. Podobnie jak w dwóch poprzednich odsłonach imprezy, festiwalowe dni zamknięte były w ramy koncertów otwarcia oraz zamknięcia, odbywających się w siedzibie NOSPRu.

Zgodnie z porozumieniem z dyrekcją orkiestry, jeden z wymienionych koncertów angażował katowicki zespół – w tym roku było to wykonanie dzieła Williama Basińskiego „The Disintegration Loops” na zamknięcie festiwalu. Wymagający utwór o ciekawej historii powstania był nie lada wyzwaniem nie tylko jeżeli chodzi o wykonanie ale – jak sądzę – również do przetranskrybowania go na zespół smyczkowy. Kompozycja wraz z upływem czasu „rozlatuje” się tak jak dźwięk zapisany na zużytej taśmie magnetofonowej. Powtarzane, zapętlone motywy niszczeją z postępem kompozycji. Orkiestra świetnie wykonała zarejestrowany przez Basińskiego proces rozkładu utworu aż do kompletnej ciszy. Brawo.

Bohaterami koncertu otwarcia była brytyjska formacja The Cinematic Orchestra – nestorzy ilustracyjnego nu jazzu z legendarnej Ninja Tune. Muzycy zaprezentowali część nowego materiału z nadchodzącej płyty jednak lwia część koncertu oparta została o klasyki których w twórczości zespołu mnóstwo. Nie zabrakło „The awaking of the woman”, „Man with the movie camera”, „To built a home” czy wykonanego na bis „All that You Give”. Zgodnie z moim przypuszczeniem muzyka The Cinematic Orchestra odnalazła się świetnie we wnętrzu fenomenalnej sali koncertowej NOSPR i sądząc po reakcji publiczności nie byłem odosobniony w tym odczuciu.

12 edycja festiwalu przyniosła parę zmian jeżeli chodzi o sceny na których rozbrzmiewała muzyka. Międzynarodowe Centrum Kongresowe mieściło w tym roku dwie sceny – Scenę Miasta Muzyki (scena główna) oraz festiwalową nowość – scenę T-Mobile Electronic Beats – jeden z mocniejszych punktów festiwalu. To tu pierwszego dnia mieliśmy do czynienia z petardą jaką niewątpliwie był występ amerykańskiej formacji !!! (Chk Chk Chk) promującej swoje najnowsze dzieło „Shake the Shudder” (Nic Offer – szacunek za kondycje). Godzinna dawka melodyjnego disco z punkowym zacięciem zrobiła swoje. Nie mniej spektakularnie wypadli harmonijny Max Cooper promujący swój najnowszy krążek Emergence oraz apokaliptyczny Clark, który również odwiedził festiwal z nowym albumem który w wersji live wypada wyśmienicie. To ciężka, przytłaczająca potężnym brzmieniem elektronika okraszona ciekawym od strony wizualnej udziałem osób tańczących. O ile nowy album Chrisa Clarka słuchany głośno w dobrych warunkach robi wrażenie tak obcowanie z tym materiałem na żywo wgniata w ziemię.

Tradycyjnie za roztańczenie i „imprezowość” odpowiedzialni byli artyści goszczący na scenie Red Bull Music Academy, którzy do wczesnych godzin porannych dbali o dobry nastrój najwytrwalszych festiwalowiczów. Rejonem spokoju i wytchnienia od dźwiękowej gęstwiny podobnie jak w roku ubiegłym była Scena Kameralna NOSPR gdzie rezydowali artyści o proweniencji klasyczno-jazzowej – Marcin Masecki ze swoimi osobliwymi wykonaniami Nokturnów Chopina, Food i Hilde Marie Holsen, LOTTO czy Wacław Zimpel.

Na fali wspomnień z ubiegłorocznego, gorąco przyjętego występu duetu Roni Size & Dj Krust powstał pomysł powołania sceny reprezentującej łamane rytmy z szeroko pojętego drumnbassu. Tego lżejszego – liquidfunkowego (świetny set WaxVaxa) jak i również cięższej odmiany gatunku.

Dźwiękowej periodyzacji gatunku dokonał legendarny duet Fabio & Grooverider z MC Felonem prezentując klasyki z najświetniejszych czasów drumnbassu. Drugiego dnia festiwalu soundtrUckiem zatrząsł dBridge z towarzyszącym mu SP:MC. O ile przestrzeń przed bassowym samochodem we wczesnych godzinach świeciły raczej pustkami (co raczej jest typowym zjawiskiem dla festiwali) tak występy późniejsze gromadziły już szerokie grono wielbicieli gatunku. Pośród roztańczonego tłumu udało mi się dostrzec Ry’a Cuming (RY X) który w ramach relaksu po swoim znakomitym – pierwszym w naszym kraju – koncercie postanowił odwiedzić tę właśnie scenę. Uniesiony muzyką zaserwowaną przez dBridgea stwierdził „that’s nice”. I o to właśnie chodzi.

Skoro już o RY X mowa, dwa słowa o wspomnianym koncercie. Artysta jak już wspomniałem po raz pierwszy wystąpił w Polsce. Wydawał się lekko zaskoczony gorącym przyjęciem przez polską publiczność – chyba nie przypuszczał, że dla wielu był jednym z ważniejszych punktów tegorocznego lineup’u. Usłyszeliśmy materiał z debiutanckiej LP wykonawcy zatytułowanej „Dawn”. Muzyka zespołu to bardzo delikatna i intymna materia, oszczędna dźwiękowo a jednak bogata – wciągająca i hipnotyzująca. Obiecali powrócić wkrótce do Polski – trzymamy za słowo.

Jak co roku każdy z uczestników festiwalu stanął przed koniecznością wyboru występów – wieloktornie bolesnego – mnogość artystów i scen siłą rzeczy powodowała nakładanie się na siebie wielu koncertów. Mnie również nie ominął ten problem i tak musiałem poświęcić rozpoczynającego występy na scenie miasta muzyki Taco Hemingwaya na rzecz młodej gwiazdy eksperymentalnej elektroniki – Frederica Robinsona – wydającego m. in dla brytyjskiego labelu med school. W wykonaniu Niemca usłyszeliśmy energetyczny, melodyjny set charakterystyczny dla jego twórczości okraszony dodatkowo świetnymi wizualizacjami.

Robinson wystąpił na scenie Śląskie. Carbon Neutral – nadzorowanej – podobnie jak w poprzednich edycjach festiwalu przez Wojciecha Kucharczyka. To scena barwna o lekko eksperymentalnym rysie, zrzeszająca artystów z różnych zakątków globu (w tym roku senegalsko-niemiecka petarda Mark Ernestus’ Ndagga Ehythm Force). Tutaj też zaprezentował się projekt Forest Swords na którego występ czekało wielu. Twórczość duetu pod przewodnictwem Matthew Barnesa stylistycznie świetnie wpasowała się w „klimat” tej sceny. W ich sztuce wyczuwalny jest spokojny dubowy duch, całość obfituje w sample o mocno etnicznym klimacie, zarówno te instrumentalne jak i wokalne. To spokojna muzyka z której bije wielka siła. Najnowsze dzieło duetu wydane zostało przez Ninja Tune, wcześniej zespół publikował głównie w oficynach No Pain in Pop czy Dense Truth.

Nie pamiętam, czy w dwunastoletniej historii festiwalu Tauron Nowa Muzyka mieliśmy do czynienia z występem tak mocnym jak koncert amerykańskiego zespołu Ho99o9. Pochodzący z New Jersey a stacjonujący na co dzień w Los Angeles zespół tworzy bardzo osobliwą mieszankę hip-hopu, hardcoreu i punk rocka w czystej formie. Na żywo zespół robi piorunujące wrażenie, szokuje brzmieniem, warstwą tekstową o wyraźnie antyrasistowskim wydźwięku i wizualizacjami epatującymi scenami bardzo okrutnymi, odnoszącymi się do ruchu nazistowskiego i ku klux klan. Brutalny i świetny występ który na długo zapada w pamięć.

Po raz trzeci na festiwalu pojawił się Sohn. Miałem okazję widzieć wcześniejsze dwa koncerty tego artysty w ramach Nowej Muzyki i muszę stwierdzić, że za każdym razem były to koncerty inne. Zmieniało się instrumentarium i skład towarzyszących muzyków. Aktualnie artysta występuje w poszerzonym składzie z żywą perkusją i bez gitary basowej. Troszeczkę mi jej brakuje (podobnie jak usunięcia z setlisty koncertowej utworu „Red Lines”) ale nie będę narzekał. Sohn czaruje, hipnotyzuje i wciąga. Utwory tego wykonawcy to kompozycyjne perły. Dbałość o melodię, brzmienie, przebieg utworów, ich aranżacje i wizualna oprawa powalają. Materiał koncertu bazował na utworach z dwóch LP artysty – „Tremors” z 2014r i tegorocznego albumu „Rennen”. Zdecydownie najlepszy koncert na głównej scenie podczas całego festiwalu.

Należy wspomnieć o jeszcze jednej nowej inicjatywie festiwalowej która zaistniała podczas tegorocznej edycji. Biuro w Parku, czyli niejako dodatkowa scena powołana do życia przez Biuro Dźwięku Katowice umiejscowiona w Parku Boguckim znajdującym się nieopodal strefy kultury przez dwa festiwalowe dni funkcjonowała jako oaza wytchnienia i relaksu przed festiwalowym szaleństwem. Można tu było posmakować i wypocząć przy ambientowych pejzażach serwowanych przez polskich i zagranicznych twórców (m.in. Dtekk, Jan Jelinek, Lucy z ambient setem). Co ciekawe, artyści schowani wśród publiczności ustąpili miejsca na scenie centralnie ustawionemu głośnikowi. Można było skoncentrować się w pełni na dźwiękach. Fajna inicjatywa i ciekawa scena – miejmy nadzieję, że pomysł ten będzie kontynuowany w przyszłości.

Kolejna edycja festiwalu już w lipcu 2018r (5-8). Oby tendencja wzrostowa co do jakości imprezy nie ustawała.

Michał Paluch

fot. Ewa Urbańska

Podobne

Komentarze: