Michał Wolski „La Mer” [RECENZJA]

W wywiadzie dla Noisey Polska szefujący wytwórni Recognition – w której Michał Wolski wydał „La Mer” – Jacek Sienkiewicz opowiadał mi, że pierwotnie planowali pokazać tę płytę światu zimą. Tyle chłodu i przestrzeni jest w nowej muzyce Wolskiego. Pytanie, czy zimą potrzebujemy więcej chłodu?

Michał Wolski "La Mer"

Michał Wolski „La Mer”

Michał Wolski części słuchaczy kojarzony jest na pewno z produkcjami techno, ale kto śledzi jego pracę uważnie ten wie, że drugą wielką miłością artysty są struktury ambientowe. Wolski sam prowadzi wytwórnię – Minicromusic – w której jakiś niedawny czas temu ukazała się doskonała dubtechnowa epka Yaca „Mantas”. I takie właśnie, ambientowe, klimaty wypełniają „La Mer”. W opisie promocyjnym płyty czytam, że ta płyta muzycznie opisuje miejsce, w którym dźwięk staje się „ruchem kinetycznej rzeźby, abstrakcyjnym obrazem czy nawet filmowym reportażem z bezkresów Arktyki”. Przyznam, coś podobnego chodziło mi po głowie, głównie dlatego, że ja ambient odczuwam przede wszystkim intuicyjnie. Jestem przy tym niezwykle wybredna, mam kilka wzorcowych przykładów, do których porównuję wszystkie nowe ambientowe płyty. Próbując jednak znaleźć jakiś ich wspólny mianownik muszę sięgnąć po porównania geometryczne i fizyczne. Kiedy ambient sprawia wrażenie trójwymiarowego tworu, organicznego, żywego, podlegającego prawom fizyki i pulsującego – wtedy jest najlepszy. A że Michał Wolski lubi rzeźbić w dźwięku – to spotykamy się w połowie drogi.

Zapewne to tytuł (tytuły) i okładka sprawiają, że tymi fizycznymi obrazami pojawiającymi się w głowie przy słuchaniu płyty są morskie fale. Ale takiego morza sztormowego, zimowego i niemal czarnego. Budzącego respekt swoją objętością i odległym horyzontem. Utwory nasycony są brzmieniami z niskich rejestrów, metalicznymi, dudniącymi. Materiał muzyczny płyty kondensuje się wraz z jej rozwojem – oniryczne, subtelne, lekkie i ulotne przestrzenie z otwierającego album „Mer Caspienne” w niczym nie przypominają niemal industrialnego, podkreślonego bitem „Transatlantique” z połowy płyty. Ale też jak to z falami bywa, po transatlantyckiej kulminacji znów przychodzi czas uspokojenia.

„La Mer” Michała Wolskiego to podróż przede wszystkim sonorystyczna. Producent rzeczywiście rzeźbi w dźwięku, lepi z niego różne figury i struktury, w tym przypadku nie jest to też określenie metaforyczne. Przy odpowiednio dobrym nagłośnieniu (które zalecam) można wypełnić dźwiękiem cały pokój. Szczególnie w tych momentach, w których pojawia się zagęszczony bit, znać dubtechnową proweniencję Wolskiego. Wszystko to składa się na porcję soczystej elektroniki, a jednocześnie warto podkreślić fakt, że „La Mer” przygotowane jest z ogromną dbałością o detale i estetykę dźwięku. Muzyka, to prawda, jest wypełniona emocjami, z dominującym uczuciem egzystencjalnego niepokoju w bezkresnej pustce, ale wyrażonymi w sposób subtelny i wyważony. Nie przytłacza, nie zaśmieca dźwiękiem przestrzeni, ani umysłu, tylko raczej… odżywia je. Skoro już przy tych organicznych porównaniach jestem.

 

 

Dziennikarka muzyczna, twórczyni 80bpm.net. Współpracuje między innymi z portalami Onet.pl i Noisey.

Podobne

Komentarze: