Przeraża mnie to tempo

Little Boots, mała blondynka w świecących sukienkach rodem z lat 90. weszła na scenę house z impetem. Po zachwycającym debiucie, artystka wróciła z albumem przedstawiającym stare gatunki dance music w nowym świetle. Jak być kreatywnym, co nosić, żeby nie wypaść z obiegu i jak realizować marzenia – rozmawiamy z Victorią Hasketh, czyli Little Boots.

Jadwiga Marchwica, 80bpm.net: Urodziłaś się w latach 80. Można dużo powiedzieć o naszym pokoleniu, dorastającym w cudownych czasach disco. Masz jakieś specjalne muzyczne wspomnienia z dzieciństwa?
Victoria Christina Hesketh, Little Boots: Tak naprawdę, byłam za mała, żeby pamiętać to prawdziwe disco. Moim pierwszym muzycznym wspomnieniem jest Blondie i Kylie Minogue. Byłam bardziej taką dziewczyną lat 90.  Pierwszą płytą, jaką kupiłam, był album Take That! Było też dużo świetnej tanecznej muzyki, na przykład „Missing” Everything But The Girl. Brzmieniami lat 80. zainteresowałam się już jako nastolatka, kiedy zaczęłam interesować się graniem na syntezatorach.

Zainteresowania z wieku nastoletniego nie ułatwiły jednak wyboru ścieżki kariery. Przynajmniej nie początkowo…
Po skończeniu studiów przez jakiś rok pracowałam w telewizji. Zawsze chciałam zajmować się muzyką, ale miałam też coś w zanadrzu, jakiś plan awaryjny. Od początku przykładałam się do nauki i muzykę traktowałam raczej, jak marzenie. Mam dużo szczęścia, że muzyka może być teraz moją pracą.

Realizowanie marzeń może być ryzykowne – możemy je na zawsze utracić…
Myślę, że to jest trudne. Trzeba mieć sporo odwagi i przede wszystkim – nie być uzależnionym od pieniędzy. Ludzie pracują na posadach, których nie znoszą, bo za bardzo uzależniają się od stabilnego wygodnego życia – to ich przerasta, staje się wyznacznikiem egzystencji. Trzeba umieć się od tego odciąć – skupić się na robieniu tego, co się kocha, żeby odnieść w tym sukces za jakiś czas.

A co ty kochasz, poza muzyką oczywiście?
Faktycznie większość czasu pochłania mi moja muzyka – pisanie, wieczorne sety DJ-skie, praca z moim labelem… Ale w wolnych chwilach dużo czytam. Dużo!

Czyli pseudo „Little Boots” nie przekłada się na miłość do butów?
Butów mam faktycznie dużo – uwielbiam szpilki i koturny. Ale to raczej zrozumiałe, przy moim małym wzroście…

Pytam o buty myśląc też o twoim wizerunku scenicznym. Trudno nie zauważyć, że jest bardzo przemyślany.
Wygląd zewnętrzny jest BARDZO ważny! Żyjemy w czasach przesyconych estetyką. Moje stroje sceniczne są odzwierciedleniem i przedłużeniem mojej muzyki. Mój nowy album ma wiele wpływów disco, więc wyszukiwałam sukienki vintage, w stylu Studio 54. Nigdy jednak nie chciałam być kojarzona ze stylem retro – doceniam i wspieram też naszych nowych projektantów.

Po swoim bardzo retro-disco debiucie, wróciłaś z materiałem bardziej klubowym, house’owym. Przygotowujesz słuchaczy na diametralną zmianę?
Wracanie do brzmienia z poprzedniej płyty, albo jego powtarzanie, tylko dlatego, że się spodobało, nie jest ani rozwijające ani inspirujące. „Nocturnes” też jest przesycone brzmieniem retro, ale tym razem skupiłam się na wczesnym disco i house, zamiast popie lat 80. Myślę, że zmiany i rozwój są dobre, trzeba tylko umieć podjąć wyzwanie – na starym zbudować coś nowego i wartościowego.

Sama przyznałaś kiedyś, że tworzenie czegoś nowego jest coraz trudniejsze. Myślisz, że sztuki – zwłaszcza muzyki – nic już nowego nie czeka?
Myślę, że to już niemożliwe, bo muzyka pop od dawna zjada samą siebie. Mnie przeraża jednak co innego – to, że odległość między przeszłością i teraźniejszością coraz bardziej się kurczy. Londyn przoduje teraz w wychwytywaniu „przestarzałych” trendów modowych – jeżeli nosiłeś coś tydzień temu, w tym tygodniu będzie już śmieszne! Dopóki jednak dążysz do tworzenia czegoś nowego, nawet z fragmentów starszych idei, robisz coś dobrego. Myślę, że nie możliwym jest dziś bycie całkowicie oryginalnym, można jednak być nieustająco kreatywnym.

W swojej muzyce wracasz do przeszłości, ale w swoich pomysłach i działaniach – wybiegasz w przyszłość. Twoja idea wchodzenia na imprezę klubową w słuchawkach, z własną muzyką spotkała się i z krytyką i z zainteresowaniem. Nie sądzisz, że takie działania sprawiają, że ludzie oddalają się od siebie?
Muzyka może dzielić i jednoczyć, wszystko zależy od kontekstu i sytuacji. Na festiwalach i koncertach, jedna piosenka może sprawić, że anonimowy tłum przeżyje coś niesamowicie łączącego i poruszającego. Takie momenty są coraz rzadsze w naszym życiu – gdzie każdy skupiony jest na swoim komputerze i swoim świecie dźwięków.

W takim razie, mam nadzieję, że odwiedziny Sziget będą dla ciebie inspirujące!
Niestety nie możemy zostać w Budapeszcie dłużej, ale świetnie wspominam mój występ DJ-ski tutaj i oczywiście cieszę się na spotkanie z publicznością Sziget!

Rozmawiała: Jadwiga Marchwica
Wywiad przeprowadzony w ramach Sziget Festival 2013
Podziękowania dla Mia Margetic z This Is Music LTD za organizację wywiadu

Jadwiga Marchwica, z-ca red.nacz | jmj [at] 80bpm.net

Podobne

Komentarze: