Sigur Rós: magia i olśnienie

Finałowy koncert Sacrum Profanum będziemy długo pamiętać.

Sigur Rós, fot. wandzelphoto.com

Megagwiazda wieczoru – Sigur Rós olśniła i oczarowała kilkutysięczną publiczność. Magia, siła, eksplozja dźwięków, poezja, duchowość, piękno, tajemnica – te słowa tylko w skromnej mierze oddają występ Islandczyków w Krakowie. Koncert, który poprzedził występ legendarnego Kronos Quartet, już dziś można nazwać jednym z najważniejszych wydarzeń muzycznych roku.

Tego niezwykłego wieczoru w industrialnych przestrzeniach hali ocynowni ArcelorMittal Poland, muzycy Sigur Rós wznawiający koncerty po czterech latach, po raz pierwszy spotkali się na tej samej scenie z Kronosami. Amerykanie przygotowali dwa utwory – zaskakujący i zabawny kolaż z udziałem elektroniki Death to Kosmische Nicole Lizée oraz specjalną aranżację Flugufrelsarinn (Zbawca Much) z albumu Sigur Rós pt. Ágætis byrjun z 1999 roku. Zespół przyjęty został owacyjnie.

Atmosfera zrobiła się jeszcze bardziej gorąca, gdy na scenę wkroczyli Islandczycy z wokalistą, gitarzystą Jónem Þorem Birgissonem, czyli Jónsim na czele. Na gitarze basowej zagrał Georg Holm, na bębnach Orri Páll Dýrason, na klawiszach i gitarze Kjartan Holm i siedmiu innych gościnnych muzyków. Od pierwszych dźwięków było wiadomo, że ten koncert będzie wyjątkowy. Pierwszy beat perkusji był jak grom z jasnego nieba, potem było już tylko coraz piękniej. Znana z nagrań muzyka, w tym koncercie nabrała nowej, miejscami mocno rockowej dynamiki z wielokrotnymi apogeum, które po prostu wgniatały w ziemię! Muzyce towarzyszyły projekcje na trzech ekranach umieszczonych z tyłu i boków sceny. Wśród muzyków ustawione zostały na różnej wysokości lampy-żarówki, wydobywające ich z ciemności za każdym razem, gdy brzmienia przechodziły z szeptu do krzyku. Gdy muzyka osiągała kolejny szczyt, a podłoga wibrowała coraz mocniejszymi uderzeniami bębnów, rozbłyskały dodatkowe reflektory rozjaśniające całą przestrzeń hali jasnym białym światłem. Jednak cała ta oprawa, pojawiające się na ekranach ujęcia tafli morza, podwodne impresje, płonące drzewa, gwiezdny pył, była nieprzesadzona i koncentrowała uwagę tylko na muzyce.

Program koncertu oparty został głównie na trzech ostatnich płytach zespołu: Takk… (Dziękuję) z 2005 r., późniejszej o trzy lata Með suð í eyrum við spilum endalaust (Z brzęczeniem w uszach gramy bez końca) oraz najnowszej pt. Valtari (Walec), wydanej w maju tego roku. Sigur Rós pokazał więc nie tylko najnowszy materiał – czego można się było spodziewać, ale też najbardziej lubiane przez fanów utwory. Zabrzmiał m.in. tytułowy Takk… sprzed siedmiu lat, a także Glósóli (Lśniące słońce), Með blóðnasir (Krew leci mi z nosa) i wyjątkowo klimatyczny numer z tego albumu Sæglópur (Zagubiony na morzu). Nie zabrakło takich hitów, jak Salka z dwupłytowego wydawnictwa Hvarf/Heim z 2007 roku czy Ekki Múkk (Nie dźwięk).

Wszystkie, przechodzące jedne w drugie, stopiły się w wielki dźwiękowy krajobraz – porażający potęgą i zachwycający pięknem jak islandzki lodowiec. Publiczność, jak zaczarowana podnosiła ręce w górę do rytmicznego aplauzu, to znowu zamierała przygwożdżona kolejną nawałnicą beatów, oddychając w rytm kolejnych gitarowych riffów. Ktoś rozciągnął przed sceną islandzką flagę, ktoś inny puścił mydlane bańki. Ludzie jak w transie poruszali się w rytm muzyki, raz zachwycającej elegancją fraz i górującym nad nią falsetem Jónsiego, to znów oszałamiającej monumentalnymi riffami, granymi przez niego smyczkiem na gitarze elektrycznej. W pewnym momencie napięcie sięgnęło zenitu – smyczek Jónsiego pękł, a artysta rzucił go w tłum. Publiczność oszalała.

Były oczywiście bisy. Były też długie rozmowy nocą. Także o dwóch niezwykłych dokumentach o Sigur Rós – Heima (reż. Dean DeBlois) oraz Inni (reż. Vincent Morisset), które w niedzielne popołudnie pokazane zostały w Kinie Pod Baranami. Filmy, przybliżające tych niezwykle skromnych i oryginalnych artystów, pozostawiły jednak miejsce – jak mówi reżyser jednego z nich – na te wszystkie piękne obrazy, które przychodzą nam do głowy, gdy słuchamy ich muzyki. Po niedzielnym, magicznym koncercie pięknych wspomnień nam z pewnością nie braknie.

fot. www.wandzelphoto.com

Dziennikarka muzyczna, twórczyni 80bpm.net. Współpracuje między innymi z portalami Onet.pl i Noisey.

Podobne