Ars Cameralis za nami

Ars Cameralis 2010

Kolejna edycja festiwalu Ars Cameralis dobiega końca. Przed nami jeszcze wernisaże Jake’a & Dinosa Chapmanów oraz Collier Schorr, a także spektakl teatru La Abadia z Madrytu. Za to część muzyczna tego wydarzenia zakończyła się wczorajszym koncertem grupy Tortoise. 80bpm.net po raz drugi współpracowało z organizatorami festiwalu i wszystko wskazuje na to, że nie jest to ostatni epizod tej kolaboracji. Tegoroczna odsłona Ars Cameralis to przede wszystkim wyczerpująca i różnorodna prezentacja amerykańskiej sceny alternatywnej, która zaspokoiła apetyt słuchaczy poszukujących nietuzinkowych brzmień.
W pierwszej odsłonie, a więc Wieczorze muzyki alternatywnej w katowickiej Hipnozie, doszło do zderzenia dwóch osobowości i dwóch zupełnie różnych głosów: sennej i eterycznej Emily Jane White oraz drapieżnej Rykardy Parasol. Z tego pojedynku zdecydowanie wyszła zwycięsko ta druga, dając popisowy koncert z prawdziwym pazurem. Koniec końców najmocniejszym punktem jej występu było połączenie sił z Emily Jane i wspólne wykonanie przepięknej pieśni „Hannah Leah”.

Kolejnym przystankiem, na którym się zatrzymaliśmy, była wizyta w katowickim kinoteatrze Rialto i pokaz niemego filmu „Aelita” z muzyką zespołu Pustki. Był to jedyny polski „wyskok” od amerykańskiego line-upu. Grupa bardzo dobrze sprawdziła się w serwowaniu na żywo muzyki ilustracyjnej do radzieckiego obrazu. Tematy muzyczne były prowadzone z wrażliwością na poszczególne zwroty akcji i skutecznie przeniosły zgromadzonych w czasie i przestrzeni.

Kolejny tydzień przyniósł występy jednej z największych gwiazd festiwalu: Calexico. Amerykanie dali popisowy show, w którym, co zaskakujące, nie dało się wyczuć zbyt wiele rutyny. Było za to dużo dobrej muzyki i kompleksowy przegląd kompozycji z „Feast of Wire”. Trochę teksańskiej rzewności, trochę meksykańskiego puebla, kilka fantastycznych piosenek („Black Heart”, „Guero Canelo” i cover Arcade Fire „Ready To Start”) i rozimprowizowanych instrumentali. Chciałoby się tylko, żeby to wszystko trwało dłużej, a w setliście znalazło się więcej miejsca na kompozycje także z innych płyt, ale i tak Calexico tego wieczoru po prostu zaczarowali.

Z kolei sobotni występ Hypnotic Brass Ensemble absolutnie rozbił bank, jeśli chodzi o dawkę energetycznego brzmienia i pozytywnych wibracji. Chorzowska Szuflada zamieniła się w undergroundowy, wypełniony po brzegi klub w południowym Chicago. Wzorcowy kontakt z publicznością, zgranie dęciaków i flow poszczególnych członków zespołu nikogo nie pozostawiały obojętnym. Był to bez wątpienia najbardziej rozbujany koncert tej edycji.

I wreszcie na deser Tortoise. Wracamy do katowickiej Hipnozy. Występ amerykańskiego kolektywu zasłużył chyba na miano najbardziej bezkompromisowego całej edycji. Amerykanie w trakcie bardzo przekrojowego koncertu zagrali w ogromnym skupieniu ze sporą dawką improwizacji. Balansowali przy tym od wyraźnych partii gitar, poprzez elektroniczne akcenty, na niemal jazzowych wstawkach kończąc. Do tego doszły dwa bisy i bardzo udany klimat całego wieczoru.

Zresztą wyśmienitego nastroju nie można odmówić żadnemu z koncertów, jaki odbył się w trakcie Ars Cameralis 2010. Radzimy trzymać rękę na pulsie i wypatrywać niusów dotyczących kolejnej edycji. Szkoda, gdybyśmy nie zobaczyli się na Śląsku za rok.

Rafał Maćkowski

Podobne

Komentarze: