Hybrid „Disappear Here”

Hybrid "Disappear Here"

Najnowsza płyta Hybrid to najbardziej zaskakująca dla mnie premiera ostatnich miesięcy. I choć ból zębów po nagłym zderzeniu wyobrażeń i oczekiwań co do albumu z betonową ścianą rzeczywistości w postaci gotowego krążka nie jest nadzwyczajnym zjawiskiem, to jednak zawsze jest to pewien rodzaj szoku.

Niedoścignionym wzorem w karierze Hybrid był ich doskonały symfoniczno-breakbeatowy debiut „Wide Angel”. Później, dopiero w 2006 roku grupa zbliżyła się do ideału nagrywając w podobnej konwencji „I Choose Noise”. Na „Disappear Here” miało być jeszcze lepiej. Obietnice składane przez zespół co do głębokich i szerokich połaci muzycznych, nowej myśli artystycznej wprowadzonej przez kompozytorkę i wokalistkę Charlottę James, zapisy wideo z sesji nagraniowych z praską orkiestrą symfoniczną, stworzyły w wyobraźni wizję albumu totalnego, z aranżacjami orkiestrowymi na miarę co najmniej późnego Beethovena i break-beatem od którego łamią się nogi w krzesłach. Hybrid zaproponowali jednak coś innego.

Album „Disappear Here” jest, tak jak się spodziewałam, bardzo epicki, choć ta epickość zduszona jest nieco w słoiku konkretnej, popowej formy. Przestrzeń, jaką otwierały symfoniczne epizody na debiutanckiej płycie Hybrid, została tu znacznie ograniczona. Orkiestra nie ma tu już bowiem epizodów, a wręcz trzecioplanowe rólki – z wyjątkiem singla „Break My Soul”, doskonale znanego tym, którzy interesowali się przedpremierową promocją płyty.

Jeśli już pogodzimy się i pożegnamy z symfonicznością typową dla Hybrid, warto skupić się na innym aspekcie albumu, stanowiącym o jego sporej wartości. Brzmienie. Dzięki niemu, muzyka Hybrid nie rozwija się w przestrzeń – tak, jak mogliśmy tego oczekiwać – ale jakby do wewnątrz. W konkretnej formie muzycznej rozwijają się kolejne warstwy, jednak – w ogólnym odczuciu – nie horyzontalnie, a wertykalnie, wgłęb siebie. Wokale, gitary (których na „Disappear Here” wyjątkowo sporo), pady, kilka warstw rytmu, bas, odsłaniają się powoli, jak cięty na kawałki tort. Śledzenie tego rozwoju to wciągająca zabawa. I pewnie dlatego ten album nie urzeka nas od pierwszego momentu, bo przy powierzchniowych oględzinach jest to po prostu dobry, melodyjny break beat, ale nie na tyle poruszający, by słuchając go za pierwszym razem przystanąć z wrażenia. Wielu osobom płyta może „przelecieć” koło uszu, niemal niezauważona.

Hybrid po raz kolejny jednak potwierdzają, że są mistrzami świata w produkcji swoich utworów. Trzeba im przyznać, że nawet, jeśli nie zrobią kawałka powalającego na kolana melodyjnością czy ogólnym wrażeniem, to zawsze są to kompozycje dopracowane perfekcyjnie pod względem brzmienia. W utworach Hybrid zawsze dużo się działo na poszczególnych płaszczyznach i pod tym względem są niedoścignionym wzorem. Na „Disappear Here” mamy przede wszystkim świetne traktowanie warstwy rytmicznej, znakomite prowadzenie napięć emocjonalnych, rozładowujących się najczęściej w wejściach wzmocnionych synkop. Najlepszymi przykładami tego typu rozwiązań jest „Take A Fall” i tytułowy kawałek „Disappear Here” – najlepszy moim zdaniem na krążku.

„Disappear Here” może „disappoint here” przy pierwszym zetknięciu, kiedy okazuje się, że całość nie odpowiada naszym wyobrażeniom i oczekiwaniom. Ale im dłużej i bliżej obcować będziemy z tym albumem, przekonamy się, że to kawał dobrej roboty, misternej muzycznej pracy. Słowem, Hybrid trzymają poziom.

Kaśka Paluch

Dziennikarka muzyczna, twórczyni 80bpm.net. Współpracuje między innymi z portalami Onet.pl i Noisey.

Podobne

Komentarze: