piątek maj 18
lut
09/10
Massive Attack „Heligoland”
Ostatnio modyfikowany wtorek, 9 Luty 2010 09:10
Napisany przez npc
wtorek, 9 Luty 2010 09:08

okładka "Heligoland"

Wielkie święto dla fanów trip-hopu. Po wielu długich latach oczekiwania, pionierzy i twórcy gatunku powrócili z nowym albumem. To kolejna ważna data w naszej małej historii muzyki. Mamy w końcu w rękach „Heligoland”.

I cóż można powiedzieć?

Zajebista płyta.

Kaśka Paluch

Zawsze chciałam napisać taką recenzję;). Ale czy rzeczywiście to kolejny, bezbłędny album Massive Attack? Trudno jednoznacznie określić. Może to efekt pewnego zmęczenia materiału – zmęczenia czekaniem, wygórowanych oczekiwań, ale nie jest to ten sam typ podniecenia, który towarzyszył słuchaniu „100th Window”, który nie pozwalał na wyłączenie płyty i który nie opadał nawet po 2348734 odsłuchaniu płyty.

Z drugiej strony trudno trafić w zbiorze ostatnich lat na równie dobry krążek. Dopracowany perfekcyjnie, przemyślany i będący zbiorem doskonałych kolaboracji. Jest to jednak powrót w wielkim stylu. W stylu rozpoznawalnym i wyjątkowym.

Brzmienie jest inne, nieco bardziej miękkie dzięki szerszemu wykorzystaniu żywego instrumentarium. „Heligoland” ma też wysoki stopień zróżnicowania, na który przede wszystkim wpływają głosy zaproszonych gości. Ale nie tylko, bo album przenosi w różne klimatycznie rejony, choć wciąż obracamy się w pewnym kręgu muzycznej schizofrenii. Dziwnej, wąskozakresowej melodyki, pokręconego rytmu, dziwacznych brzmień. Atmosfera momentami staje się monstrualnie przytłaczająca, a za chwilę gotycko-groteskowa. I chyba dzięki temu „Heligoland” będziemy odkrywać jeszcze przez wiele kolejnych miesięcy, za każdym razem słysząc coś nowego.

Jedno mam Massive Attack za złe: zmianę aranżacji „Psyche” z Martiną Topley-Bird. W wersji albumowej utwór stał się szorstki i transowy niczym najnowsza płyta Portishead. A na EP-ce „Splitting the atom” to był najlepszy, najmroczniejszy, najbardziej wypełniony psychotycznym nastrojem utwór. Szkoda, że nie ma go na tym migocącym brokatem, czarnym krążku.

Czarnym koniem „Heligoland” jest „Girl I Love You” z Horace Andym, jako żywo przypominającym „Angel” z „Mezzanine” – ze względu na ostinatowy, pełzający w spodzie bas, głos Andy’ego i to, jak utwór nabiera tempa, energii i masy brzmieniowej. Magnum opus tego albumu. Do wyróżnionego grona zaliczam też „Paradise Circus”. Delikatny i przejmująco smutny utwór z subtelnym kobiecym wokalem (tu Hope Sandoval) to wykładnia stylu Massive Attack. Stawiam go obok „Teardrop”. Równie ujmujący.

Niezwykle interesujący okazał się też „Flat of the blade”, zapowiadający się jak eksperymentalne Warpowskie dzieło, a przechodzący w symfoniczny monument.

Tam, gdzie pojawia się głos 3D, wracam do „100th Window”, tam gdzie są pewne eksperymenty, przypominam sobie „Protection”, gdzie masa basu i mroku („Atlas Air” – mniam mniam) – wracam do „Mezzanine”. A tam, gdzie słyszę instrumenty dęte, uśmiecham się do Bjorkowej „Volty”. Choć zbyt mało jest dla mnie tych momentów, w których wstrzymuję oddech. To eksploracja poszerzająca teren, ale jednak ten sam teren. Może zbyt wąsko? Z drugiej strony, należy cieszyć się, że 3D i DaddyG nie wykręcili nam numeru, nagrywając krążek z country.

Wstyd mi za ten brak bezkrytycznego zachwytu. Chętniej będę pewnie wracać do wcześniejszych krążków. Ale najpierw przesłucham miliard razy „Heligoland” i odkryję w nim drugie, trzecie i piąte dno. Bo to i tak zajebista płyta.

Kaśka Paluch

Komentarze

Zobacz też:


12 komentarzy
  1. CommentsAndrzejbodzio   |  środa, 10 Luty 2010 at 13:10

    Po pierwszym przesłuchaniu wyłapałem, jak zapewne większość, „Paradise Circus”.
    Zgadzam się z autorką recenzji: trzeba słuchać, słuchać, słuchać.

  2. Commentssoo   |  sobota, 13 Luty 2010 at 15:00

    pójdzie w zapomnienie, nie doszukujcie się na siłę geniuszu

  3. Commentsjmj   |  poniedziałek, 15 Luty 2010 at 11:36

    żebyś się nie zdziwił :) będę się upierać, że płytka jest świetna i będzie się jej dobrze słuchać zawsze.

  4. Commentskasia   |  poniedziałek, 15 Luty 2010 at 17:39

    Ja również się upieram, pierwsze przesłuchanie przesłonięte przez zmywanie garów, ale z każdym kolejnym płyta wciąga.
    Ostateczna ocena: GENIALNA!
    Jest z nią trochę jak z third, wiele osób potrzebuje czasu, żeby ją dogonić.
    Jestem na etapie wnikliwego słuchania tekstów, z których znaczna większość jest świetna.
    Stary dobry massive :)

  5. Commentskasia   |  poniedziałek, 15 Luty 2010 at 17:53

    aha!

    Jedyny zarzut z mojej strony: JA CHCĘ WIĘCEJ WIĘCEJ WIĘCEJ!!!

  6. CommentsMichu   |  poniedziałek, 22 Luty 2010 at 23:21

    Za 3 cim razem płytę bardzo polubiłem
    Massive Attack to jedna z tych kapel jak U2, DM, którą kupuję niemalże w ciemno.
    Jednak za pierwszym razem nieco rozczarowała – uznałem ją za przeciętną, wpadły mi w ucho jedynie 1 i 3 ci numer znane z E.P.
    Ale teraz słucham jej na okrągło i nadal odkrywam.
    Hope Sandoval udowadnia jek wielką jest wokalistką w Paradise Circus. Martina Topley Bird uwalnia się Trickowej szufladki.Horace Andy jest klasą samą w sobie. Damon Albarn znakomicie zagrał na płycie.
    Wszystko jest na miejscu, radze nie zniechęcać się i słuchać dalej. Heligoland ma w sobie to „coś”

  7. Commentsherbaciak   |  piątek, 12 Marzec 2010 at 17:00

    Słabe, rozlazłe, rozmemłane. Trzy dobre kawałki toną w jeziorku przeciętności. I argumenty typu „bo trzeba przesłuchać kilka razy” do mnie nie trafiają, bo sugerują doszukiwanie się rzeczy na siłę. Pierwsze przesłuchanie mnie zmęczyło, drugie potwierdziło, że pierwsze było męczące, a trzecie kategorycznie stwierdziło, że przeciętniaka mamy a nie arcydzieło. Massive Attack nigdy nie tworzyli śpiesznej muzyki, ale genialnie ją aranżowali. Teraz po prostu zrobili nieśpieszny album… Który do tego idzie wstecz. Tu i tam czasem jakiś fajny smaczek się pojawi, ale to zdecydowanie za mało. Słuchać 5 minutowego kawałka dla 15 ciekawych sekund? A jeden utwór(już nawet nie pamiętam który), brzmiał jakby go w FL studio arpeggiatorem zrobili. Ot, faceci z MA dali tylnej części ciała tym albumem.

  8. Commentsdiwer   |  czwartek, 18 Marzec 2010 at 16:59

    Ja osobiście bałem się tego albumu.Dlaczego??Bałem sie,że panowie wykombunuja tak wykręconą muzyke,że oni sami nie beda wiedzieli o co chodzi,a jednak obawy okazały sie bezpodstawne.Album troche cierpi na brak spójności moim zdaniem,wczesniejsze tworzyły jakby jedną całość.Mimo wszystko zajebista robota.Ode mnie 5/6.Chce więcej…

  9. Commentsatom   |  czwartek, 08 Kwiecień 2010 at 23:06

    Splitting the atom – miazga i kwas, skopie wam tyłki ten kawałek, czasem warto kupic / przegrac ;) plyte dla jednego utworu.

  10. Commentsbasebox   |  poniedziałek, 12 Kwiecień 2010 at 23:03

    mi ten utwor nic nie skopal – co najwyzej skopal sie sam. zreszta plyta tez niespecjalna.

  11. CommentsPłyt(k)a od Massive Attack   |  czwartek, 09 Wrzesień 2010 at 12:21

    [...] okazji swojej ostatniej płyty „Heligoland” (nasza recenzja) formacja Massive Attack niemal zrezygnowała z tradycyjnej formy promocji, jaką jest wydawanie [...]

  12. CommentsRedakcyjne podsumowanie roku 2010   |  czwartek, 30 Grudzień 2010 at 10:55

    [...] u boku Alexa Jamesa. Drugim mocnym akcentem pierwszego kwartału 2010 roku byłapremiera nowego albumu Massive Attaca. Po dość kontrowersyjnej premierze „Third” Portishead przyszła pora na drugą ikonę [...]


Leave a Reply






*

zareklamuj się u nas, tylko 0,99 zł za dzień!