Znowu w domu

Pati Yang w Warszawie. 21 stycznia 2009, klub Stodoła.

„20 lat RP- pochwalmy się” to akcja mająca na celu stworzenie spisu sukcesów, którymi Polska może poszczycić się na arenie międzynarodowej. W ramach tej akcji na deskach warszawskiej Stodoły zagrała Pati Yang. Czy faktycznie możemy się nią pochwalić? Zapraszam do relacji.

Stodoła od dawna nie świeciła takimi pustkami. Połowa sali była pusta. Nie wróżyło to dobremu przyjęciu Pati w ojczyźnie, w której wcale nie bywa tak często. Publiczność mimo, że nie liczna, była bardzo żywiołowa i zgotowała artystce gorące powitanie.

Przy dźwiękach “Stories from Dogland” na scenę wkroczyła Pati ubrana  w ciemną sukienkę, którą w czasie występu zmieniła na czerwoną. Mimo swojej drobnej postury dawała czadu przez cały czas trwania koncertu. Czego jak czego, ale nie można jej odmówić ekspresji scenicznej. Wiła się, kładła na ziemi, zginała w pół, dyszała do mikrofonu. Istne sceniczne zwierzę. Nie można jej również odmówić wspaniałego głosu. Jej popisy wokalne zapierały dech w piersi i powodowały uczucie gęsiej skórki.

Artystce towarzyszyło dwóch muzyków, gitarzysta oraz klawiszowiec, który zasiadał za pięknym, majestatycznym, czarnym fortepianem. Swoją drogą grał na nim w dość niekonwencjonalny sposób. Oprócz tradycyjnego uderzania w klawisze, instrumentalista dobywał dźwięków poprzez bezpośrednie szarpanie strun wewnątrz fortepianu. Instrumentarium uzupełniał laptop obsługiwany przez Pati.

Tego wieczoru dało się usłyszeć takie kawałki jak: “All That is First”, “Timebomb” czy “Soul for Me”. Wszystkie płynęły na soczystych, mięsistych beatach przy których publiczność transowo się bujała. Pomiędzy poszczególnymi piosenkami wykonawczyni korzystając z dość intymnej atmosfery pozwoliła sobie na parę słów od siebie. Wspomniała między innymi o swoim nowym projekcie, jednak wiele nie zdradziła. Przede wszystkim, niczym Mickiewicz w “Sonetach Krymskich”, mówiła o swojej nostalgii, o tym jak się cieszy, że znów jest w Polsce. Na finał artystka zagrała kawałek, który, jak sama powiedziała, nie był grany od 12 lat…”Jaszczurka”. To była prawdziwa perełka.

Występ świetny. Wymarzona setlista. Niezapomniane wrażenia. Tylko…Tuż po tym jak wybrzmiał ostatni utwór, zerknąłem na zegarek. Co? Występ trwał zaledwie godzinę. Zagranych zostało 10 kawałków. Mało! Krótko! Ale było warto. Jako Polacy możemy być dumni, że mamy taką artystkę jak Pati Yang. Naprawdę jest się czym pochwalić.

Wypada mi jeszcze wspomnieć o występie supportu, którym była grupa The Poise Rite. Trio gra muzykę z pogranicza indie-rocka, która w ogóle do mnie nie przemówiła. Niby wszystko było na swoim miejscu, ale nawet na chwilę nie miałem poczucia, że te dźwięki mnie ruszają. Jedno, co faktycznie w ich występie przypadło mi do gustu to wyświetlane za zespołem wizualizacje.

Robert Skowroński

Dziennikarka muzyczna, twórczyni 80bpm.net. Współpracuje między innymi z portalami Onet.pl i Noisey.

Podobne

Komentarze: