Pierwsze słowa zachwytu na temat albumu South Rakkas Crew usłyszałam od człowieka, po którym nigdy nie spodziewałabym się euforii nad muzyką Tricky’ego. I choć wcześniej projektem remiksów „Knowle West Boy” nie byłam szczególnie zainteresowana (odstraszał mnie ten „dancehall” w opisach), to po tej entuzjastycznej rekomendacji, musiałam po krążek w końcu sięgnąć.

Moc, kalejdoskop gatunków, zielono-żółto-czerwone szaleństwo. To pierwsze wrażenie po włączeniu zielonego krążka. Z klimatycznego, trip-hopowego stylu Tricky’ego zostało tylko jego sprechstimme i wymowne charczenie do mikrofonu. South Rakkas Crew wtłoczyli Tricky’ego w ramy… a właściwie wmiksowali go w miazgę jamajskiego clubbingu, dancehallu, hip-hopu, breakbeatu i dubstepu. A ten zabieg, w przypadku takich numerów jak chociażby „Coalition” daje w efekcie jeszcze więcej klimatu, mroku i mocy niż w wersji pierwotnej.

Wokale na vocoderze, ciężkie, soczyste i pełne brzmienie, szybkie rytmy, przytłaczająca wręcz dawka dźwięku. I do tego dramatyczne „C’mon baby, baby c’mon” – chyba nie znajdzie się dancefloor, który nie ugnie się pod takim brzmieniem.

Bynajmniej nie jest to krążek, dla poszukujących nowego trip-hopowego, klimatycznego oblicza Tricky’ego. Album z South Rakkas Crew ma nas wszystkich pozbawić gruntu pod nogami, pozytywną energią i nośnością taneczną ma nas zmieść z powierzchni ziemi – nie ma co do tego wątpliwości. Nie bez powodu w końcu tak intensywnie eksploatuje się najbardziej energetyczne gatunki współczesnej muzyki klubowej.

Przed premierą krążka Tricky rzekł: „We come in peace and leave you in pieces” (tłum. przybywamy w pokoju, ale zostawimy cię w kawałkach). Dotrzymał słowa. Ja w każdym razie po sesji z „Tricky meets South Rakkas Crew” zbierałam się z podłogi dłuższą chwilę. I chyba każdy trip-hopowiec powinien mieć ten krążek na półce – dla higieny umysłu.

I kto wie, może przy następnym krążku Tricky będzie czerpał inspiracje i doświadczenie z tego spotkania? Oj, działoby się…

Kaśka Paluch