Ars Cameralis 2009 – Podróż do kresu nocy

arsJuż dawno żaden listopad na Śląsku nie zapowiadał się tak interesująco pod względem oferty kulturalnej. Stało się tak za sprawą organizatorów kolejnej edycji festiwalu Ars Cameralis, którzy postanowili zmierzyć się z wizerunkiem Katowic i miast ościennych jako miejsc, gdzie niewiele się dzieje. Powstała więc idea wydarzenia, które „rozleje się” na całe Katowice, ale również Chorzów, Bytom czy Sosnowiec.

Atrakcyjności festiwalu dodaje również jego interdyscyplinarność. Od 6. do 30. listopada mieliśmy okazję uczestniczyć w wystawach, spektaklach, no i last but not least wielu koncertach. Trzeba więc przyznać, że pomimo motta przewodniego, które brzmiało „Podróż do kresu nocy”, było to wielobarwne wydarzenie urzekające swoją różnorodnością. Oczywiście nas będzie interesowała przede wszystkim jego muzyczna część, dlatego przedstawiamy przegląd niektórych koncertów, jakie odbyły się w ramach tegorocznej edycji tej imprezy.

6 listopada (piątek), Koncert inauguracyjny

To była inauguracja w bardzo dobrym stylu. Sala Koncertowa katowickiej Akademii Muzycznej, zespół Camerata Silesia, orkiestra Aukso i piękna filmowa muzyka – te elementy złożyły się na bajkowy i niezwykle nastrojowy koncert. Nie sposób nie wspomnieć o duecie dyrygenckim, który miał swój niemały udział w kreowaniu tego nastroju. Batutą wymieniali się Marek Moś oraz Roque Banos, jedna z najbardziej uznanych postaci hiszpańskiej muzyki filmowej („Mechanik”, „Rosario Tijeras”, „Iberia”). W programie wieczoru znalazły się utwory pochodzące z takich obrazów jak: „Kamienica w Madrycie”, „Goya w Bordeaux” czy „Kapitan Alatriste”.

Koncert zakończył się owacją na stojąco i skutecznie zaostrzył apetyt na kolejne wydarzenia przewidziane w programie festiwalu.

7 listopada (sobota), Wieczór Muzyki Alternatywnej I

Pierwsze spotkanie z alternatywą było bodajże najspokojniejszym ze wszystkich festiwalowych wieczorów. Większe oczekiwania wiązałem rzecz jasna z Matte Elliottem, z kolei do występów dwóch pierwszych wykonawców podszedłem z czystą ciekawością. Iowa Super Soccer to rodzima formacja z gatunku tych, które warto obserwować. Ich muzyka to stonowana propozycja pełna odwołań do amerykańskiej alternatywy. Zespołowi potrzebne jest jeszcze większe obycie sceniczne, ale podoba mi się to, że stawiają na klimat. Trochę słabiej zaprezentowało się francuskie trio My Name Is Nobody. Czarujące były wypowiedzi muzyków w języku polskim, ale sam występ był po prostu przyzwoity. Obracając się w balladowej stylistyce łatwo wpaść w sidła monotonii, co niestety przydarzyło się tej przesympatycznej trójce kilka razy.

Ostatnim punktem wieczoru był koncert Matta Elliotta. Początek był naprawdę niefortunny: już na wejściu Matt musiał się zmierzyć z problemami technicznymi i dopiero za trzecim podejściem mógł wykonać pierwszy utwór. Setlistę rzecz jasna zdominowały „Failing Songs”. Matt zdecydował się na zaprezentowanie ich w pojedynkę, wymagając od słuchaczy niesamowitego skupienia. Przyznam, że nie udało mi się go utrzymać przez cały koncert, może po części przeszkadzały w tym niektóre bardzo rozmowne w trakcie występu osoby z publiczności. To wszystko sprawiło, że czułem lekki niedosyt. Słowiańska aura poszczególnych piosenek pozwalała trochę go załagodzić, ale materiał Elliotta robi na mnie większe wrażenie w trakcie domowego odsłuchu.

8 listopada (niedziela), Avishai Cohen „Aurora”

Cohen pojawiał się w moich prognozach jako czarny koń całej imprezy. I nie zawiodłem się. Jego występ w Teatrze Zagłębia w Sosnowcu śmiało może pretendować do miana najlepszego, w jakim miałem okazję uczestniczyć w trakcie festiwalu. Zgodnie z zapowiedziami, izraelski kontrabasista w towarzystwie zespołu skupił się na zaprezentowaniu swojego najnowszego albumu zatytułowanego „Aurora”. W muzyce Cohena klasyczne jazzowe improwizacje spotykają się w połowie drogi z powiewem Bliskiego Wschodu. Premierowe kompozycje pełne są odwołań do tradycyjnych pieśni żydowskich, które na żywo robią wręcz piorunujące wrażenie. Nie lada zaskoczeniem jest to, jak wyśmienicie Avishai prezentuje się na żywo w roli wokalisty. Zresztą, cały skład koncertowy zasługuje na zebranie jak najwyższych not. Po pierwsze, za genialne wręcz improwizacje i rozwijanie tematów muzycznych znanych z ostatniego krążka; po wtóre za umiejętne budowanie relacji z publicznością, która na finiszu przemieniła się we wspólne jammowanie. Cohen to z jednej strony muzyk wrażliwy i utalentowany, z drugiej twórca obdarzony niezwykłą charyzmą. Wszystkie te cechy, w idealnych proporcjach, składają się na postać autora jednego z najlepszych jazzowych koncertów, na jakich pojawiłem się w ostatnim czasie. Ogromny szacunek dla tego muzycznego ambasadora Izraela, zaś dla organizatorów gorące podziękowania.

19 listopada (czwartek), Josephine Foster / Andrew Bird

Wyżej wspomniałem, że festiwal Ars Cameralis dosłownie rozlał się po terenie Katowic oraz sąsiednich miast. Nie powinien dziwić więc fakt, iż jeden z epizodów tej imprezy miał miejsce w chorzowskim Teatrze Rozrywki. Czwartkowy wieczór okazał się przedstawieniem w dwóch aktach, z jednym daniem głównym, które z pewnością nasyciło ucho niejednego wielbiciela muzyki z pogranicza indie i folku. Zacznijmy jednak od Jospehine Foster, która w towarzystwie gitarzysty i perkusisty zafundowała nam lekko nużący występ. Nie tylko ze względu na zbyt stonowaną setlistę, ale również manierę, która nie zdołała mnie do siebie przekonać. Sytuacja zmieniła się diametralnie, gdy na scenie pojawił się Andrew Bird.

I tylko on, ponieważ do Chorzowa zawitał bez towarzystwa zespołu. Można się oczywiście zastanawiać, czy to dobrze, czy źle, czy mogło być mocniej i bardziej energetycznie, ale po tak udanym występie powinno się uciąć tego typu dywagacje. Amerykański wokalista, który udowodnił, że gwizdanie też jest sztuką, postanowił konstruować poszczególne utwory na naszych oczach. Pozostawiał sobie przy tym sporo miejsca na improwizację. To, co stanowi wyznacznik koncertów Birda, to podejście bardzo na serio do kwestii interpretacji. Każda piosenka to nie tylko garść dźwięków, ale również historia. Muzyk wiele razy nie pozwalał nam o tym zapomnieć. Wrażenie musiała robić niebywała koordynacja: od gry na instrumentach, poprzez używanie loopów, a kończąc na dobrym wokalu. Cóż więcej mogę napisać, naprawdę przyjemnie było uczestniczyć w tym koncercie.

22 listopada (niedziela), Wieczór Muzyki Alternatywnej II

Tego wieczoru miała eksplodować festiwalowa bomba, jednak zamiast tego musieliśmy się zadowolić tylko jedną z przewidzianych na niedzielę gwiazd. W związku z wypadkiem autobusu największy magnes line-up’u, formacja Grizzly Bear oraz towarzyszący jej St. Vincent ostatecznie nie wystąpili, a darmowy koncert na osłodę zagrał Micah Paul Hinson. Wokalista rozbił bank już na wejściu, kiedy przywitał się ze wszystkimi słowami „Sorry, I’m not Grizzly Bear”. Potem bywało różnie. Uzbrojony w plecak, gitarę, paczkę papierosów i kajet, w którym znajdowała się setlista koncertu, Hinson dał występ w do bólu amerykańskim stylu. Katowicka Hipnoza stała się przydrożną teksańską knajpką, w której można było wysłuchać charkternego i nieokrzesanego Micah P. Hinsona. Ta bardzo obiecująca w świecie współczesnej piosenki autorskiej postać to czarowała nastrojowymi kompozycjami, to zabawiała nas kolejnymi anegdotami o E. Presley’u, przygodach z wytwórnią czy młodzieńczych latach. Hinson zdecydował się na chronologiczny przegląd swojej twórczości z kilkoma mocnymi akcentami. Pisząc o nieokrzesaniu tego wokalisty, mam na myśli jego warsztat. Co jakiś czas Amerykanin mylił akordy, przerywał utwór, zaczynał od początku lub pomijał, gdy ten sprawiał mu zbytnią trudność. Zastanawiam się, czy momentami mieliśmy do czynienia z jeszcze uroczą nieporadnością czy już z najzwyczajniejszą fuszerką. Sądząc po bardzo ciepłych reakcjach publiczności, Hinson kupił zgromadzonych słuchaczy także za sprawą właśnie takich wpadek. Abstrahując od tego, każdy, kto zdecydował się zajrzeć do Hipnozy tego dnia pomimo absencji głównej gwiazdy, będzie mile wspominać wieczór z alternatywą w amerykańskim wydaniu.

25 listopada (środa), Yo La Tengo / Wreckless Eric & Amy Rigby

Po wypadnięciu ze stawki Grizzly Bear nie było już wątpliwości, kogo należy mienić największą gwiazdą festiwalu. Koncert Yo La Tengo to wydarzenie na miarę pierwszego koncertu Sonic Youth w Polsce w trakcie Open’era 2007. Zaryzykuję i uznam, że występ amerykańskiego trio w Katowicach był lepszy niż to, co pokazali ich koledzy w Gdyni 2 lata temu. Przede wszystkim dlatego, że mieliśmy do czynienia z „pełnoprawnym” koncertem, w trakcie którego znalazło się miejsce zarówno dla piosenek z ostatniej płyty (w bardzo dużej ilości, i słusznie) jak i utworów pochodzących z wcześniejszych produkcji. Ucieszyła mnie reprezentacja „Painful”, ale także epizody z „And Then Nothing Turned Itself Inside-Out”, „Electr-O-Pura” czy „I Can Hear the Heart Beating as One”. Występ można podzielić na 4 części: wejście zespołu odbyło się w mocnym gitarowym stylu, potem zrobiło się bardziej eklektycznie i w klimacie „Popular Songs”. Do tego momentu trio grało w dosyć introwertyczny sposób i gdy pomyślałem, że tak już będzie do końca, Ira Kaplan z rozbrajającą szczerością poprosił o pytania związane z 25-letnią absencją zespołu w Polsce i co jakiś czas ucinał sobie krótkie pogawędki z publicznością. Następnie zaserwowano nam krótką sesję akustyczną, która przeszła w najbardziej dynamiczną i głośną część koncertu. Kwintesencją tego wieczoru było monumentalne, 15-minutowe wykonanie „I Heard You Looking” pełne improwizacji, sprzężeń i narastającego napięcia. Jeden z momentów, które będzie się pamiętać do końca życia.

Wyśmienita forma całej trójki oraz ciekawe aranżacje robiły niesamowite wrażenie. Po właściwej części koncertu nadszedł czas nie mniej emocjonujących bisów, dzięki czemu całość wydłużyła się do 2 godzin. Jednak z pewnością nikt nie miałby za złe Yo La Tengo, gdyby grali przez całą noc. Typowany na wydarzenie festiwalu koncert Amerykanów w katowickiej Hipnozie ma szanse na wysokie pozycje w rankingach najlepszych występów Anno Domini 2009.

30 listopada (poniedziałek), Koncert finałowy

Impreza zatoczyła koło po to, aby powrócić do Akademii Muzycznej w Katowicach. Na deser przewidziano koncert fantastycznej formacji Concerto Köln (z Nicolau de Figueiredo na klawesynie), specjalizującej się w muzyce XVIII wieku, oraz gwiazdy francuskiej opery, cieszącego się ogromną sympatię w Polsce Philippe’a Jaroussky’ego. Na program wieczoru złożyły się kompozycje G. F. Händla oraz J. Ch. Bacha. Jak widać, stylistycznie koncert odbiegał od pozostałych propozycji festiwalu; nie przeszkodziło to jednak w wypełnieniu Sali Koncertowej do ostatniego miejsca.

Tytułem podsumowania, chciałbym napisać, że mamy powody do wdzięczności wobec organizatorów Ars Cameralis. Stworzenie festiwalu, który ożywi „martwy sezon”, a jednocześnie nie będzie schlebiać masowym gustom, to zadanie tyle ambitne co ryzykowne. A jednak mimo wielu przeciwności losu, imprezę można uznać za bardzo udaną, a niektóre koncerty za wydarzenia artystyczne najwyższej klasy.

Nie wiem jak pozostali festiwalowicze, ale ja nie mogę się już doczekać, w jaką podróż zabiorą nas organizatorzy tej imprezy w przyszłym roku.)

Rafał Maćkowski

Dziennikarka muzyczna, twórczyni 80bpm.net. Współpracuje między innymi z portalami Onet.pl i Noisey.

Podobne

Komentarze: