Waldeck we Wrocławiu

24 września 2008, Firlej, Wrocław

Prawie jak Massive Attack

Możecie wierzyć lub nie, ale wizyta Klausa Waldeck’a w Polsce dla mnie była niemal tak ważna, jak tegoroczny występ Massive Attack na Open’erze. Za co uwielbiam jego muzykę? Za trip-hopowy nastrój, dubowe podkłady i melodyjne piosenki – słowem za to, co jest wizytówką jego dwóch pierwszych regularnych płyt. Austriacki muzyk odwiedził jednak nasz kraj, aby zaprezentować materiał z „Ballroom Stories” – krążka, który stylistycznie odbiega od swoich poprzedników i akcent kładzie przede wszystkim na brzmienia swingowe. Jakkolwiek tej wolty nie odebralibyście, musicie zgodzić się, że nowemu wcieleniu Waldeck’a nie można odmówić dwóch rzeczy: stylu i energii. I to właśnie one okazały się najpoważniejszymi atutami tego wieczoru. Ale po kolei…

We wrocławskim Firleju jeszcze mnie nie było i to, że wcześniej tam nie zawitałem, było poważnym błędem. Ciepłe, klimatyczne wnętrze, w którym regularnie odbywają się koncerty jak najbardziej adresowane do amatorów brzmień 80 bpm, okazało się miejscem trafionym w dziesiątkę. Przyznam bez ogródek, że jest to kolejny atut Wrocławia, który najchętniej ukradłbym miastu i umieścił gdzieś w mojej okolicy. O tym, że Firlej to interesujący klub, decydują też rzecz jasna jego bywalcy. A ci tej środy dopisali i razem z przesympatyczną reprezentacją Radia RAM wytworzyli przyjemną atmosferę.

Jako support przewidziano występ formacji Mariija. Być może muzyka tego składu nie korespondowała idealnie z tym, co miała zaprezentować gwiazda wieczoru, ale muzycy bardzo dobrze przeprowadzili rozgrzewkę dla publiczności. Całość utrzymana była w delikatnej soulowej stylistyce, której kolorytu dodawała ciepła barwa wokalistki. W trakcie występu Mariiji usłyszeliśmy utworu z repertuaru m.in. Eryki Badu czy Indie.Arie, jak również autorskie piosenki zespołu. Przy okazji kolejnej wizyty chociażby Jill Scott w Polsce, grupa będzie idealnym supportem. I jeszcze jedno: wszelkie porównania z Moniką Brodką są wyjątkowo chybione.

Nie pojawiłbym się jednak tego wieczoru we Wrocławiu, gdyby nie koncert Waldeck’a i jego zespołu. Wszyscy, którzy wyobrażali sobie muzyka jako ponurego trip-hopowca, szybko zmienili o nim zdanie. Zarówno Klaus, jak i jego towarzysze (z wokalistką na czele) okazali się tworzyć skład lubiący żarty, dobrą zabawę i przede wszystkim czerpiący ogromną radość z grania na żywo. Panowanie nad setlistą bezapelacyjnie objął materiał z „Ballroom Stories”. Występ rozpoczął sam Waldeck, który stanął za klawiszami, aby zagrać pierwsze nuty „Get Up Carmen”. Wkrótce dołączyli do niego kolejni muzycy z wisienką na torcie, czyli stojąca za mikrofonem Zeebee. Szybko jak z rękawa posypały się najbardziej przebojowe kompozycje z ostatniej płyty: „Memories”, „Addicted” i odśpiewane przez megafon „So Black & Blue”. Zarówno muzyka jak i wizualizacje idealnie nawiązywały do stylistyki szalonych lat 20., dodając jej podmuchu współczesności. Trochę brakowało mi odpowiedniej stylizacji samego zespołu, ale podobno muzycy stracili stroje na lotnisku. Prawdziwym mankamentem była dla mnie ignorancja dla wcześniejszych produkcji Waldeck’a. Jedynym „starociem” był wyśmienicie zaaranżowany „The Night Garden”, który niespodziewanie rozimprowizował się i wprowadził na chwilę spokojną, melancholijną atmosferę. Jednak był to pierwszy i ostatni przebłysk trip-hopowej świetności austriackiego muzyka. Co dostaliśmy w zamian? „Make My Day” na żywo kołysało jeszcze bardziej niż w trakcie domowego odsłuchu, a „Why Did We Fire The Gun?” wytworzyło fantastyczny nastrój. Do tego stawkę zasiliły premierowe utwory, w tym „Polizisten Lied”, które jawnie dały do zrozumienia, że takiej stylistyki należy się spodziewać na kolejnych nagraniach Waldeck’a.

To, co szczególnie przypadło mi do gustu, to ogromny luz, z jakim zagrał zespół. Podejrzewam, że muzycy liczyli na większe szaleństwo zgromadzonych, czego najlepszym dowodem było pytanie Zeebee: „Czy w Polsce nie macie w zwyczaju tańczyć?”. Po tym pstryczku w nos, publiczność rzeczywiście zaczęła się kołysać i świetnie bawić. Bo takie jest właśnie przeznaczenie najnowszej produkcji Waldeck’a. Być może ludzie potrzebowali trochę czasu, ponieważ, tak jak ja, liczyli na przemycenie kilku starszych utworów.

Koncert wypadł dobrze od strony czysto technicznej. Co prawda nie obyło się bez drobnych wskazówek od muzyków już w trakcie występu, ale nie zmieni to faktu, że, stojąc pod sceną, nie miałem żadnego problemu z wychwytywaniem poszczególnych dźwięków. Głos Zeebee brzmi w zasadzie tak, jak na płycie: jest bardzo charakterystyczny, raczej stonowany i czysty. W trakcie instrumentalnych utworów mieliśmy z kolei szansę podziwiać zgranie zespołu i może nie wirtuozerię, ale na pewno profesjonalne podejście do grania na żywo.

Jestem bardzo zadowolony, że w tym roku miałem okazję zobaczyć jednego z wykonawców, którego wizyty w naszym kraju szczególnie wypatrywałem. Nie było to porywające widowisko, a obecnie Waldeck’owi bliżej jest do Pink Martini i Koop niż do jego trip-hopowych wcieleń. Nie zmienia to jednak faktu, że tego wieczoru we Wrocławiu bawiłem się wyśmienicie. Jestem również wdzięczny organizatorom Muzycznej Strefy Radia RAM. To miłe, że ktoś dba o słuchaczy elektroniki w takim wydaniu. Kolejną odsłoną cyklu będzie koncert Parov Stelar i Miloopy i chyba nikogo nie trzeba będzie szczególnie zachęcać do złożenia wizyty w Firleju w listopadzie.

Rafał Maćkowski

Podobne

Komentarze: