lucrahNależę do społeczeństwa konsumpcyjnego. Internet bezprzewodowy, palmtop, laptop i telefon komórkowy ułatwiają mi życie. Lubię nowinki techniczne, podobają mi się elektroniczne gadżety i nie kupuję ich tylko dlatego, że mnie nie stać. Dzień rozpoczynam od lektury portali internetowych, e-mail sprawdzam kilkanaście razy dziennie. Jeżdżę samochodem. Wszystko wskazuje na to, że L.U.C. i Rahim przez „Homoxymoronomaturę” zwracają się do mnie.
W skrajnie wyraźnej, apokaliptycznej wizji, L.U.C. i Rahim przedstawiają przejaskrawioną postać, wirusa homo sapiens, człowieka wyznającego religię hiperkonsumpcji. Tak naprawdę jest to płyta o nas wszystkich, łącznie z jej autorami, którzy też przecież nie nagrali jej za pomocą drewnianego kija i wypierając się technicznych nowinek, które tak krytykują w swojej muzyce. Według treści albumu, przypominającej einsteinowską wizję czwartej wojny światowej, egzystencja naszego społeczeństwa doprowadzi do globalnego resetu. Chyba, że społeczeństwo się obudzi. Od pierwszej do ostatniej minuty płyty nie mamy wątpliwości co do tego, że traktuje ona o problemach – i że są to problemy globalne. L.U.C. i Rahim zwracają na nie uwagę, ale nie moralizują. Nie dają recepty, słowa wyjaśnienia. To właściwie zdystansowany opis osób trzecich, który do słuchacza trafi… albo nie. Może snucie muzycznej opowieści zainspirowanej raportem Międzyrządowego Zespołu do spraw Zmian Klimatu (IPCC) jest lepszym sposobem na dbanie o świadomość ekologiczną mas niż przywiązywanie się do drzew. Nie liczyłabym jednak na to, by „Homoxymoronomatura” była na tyle przekonywająca, żeby po jej wysłuchaniu nastąpiły zbiorowe akcje sprzątania miasta lub porzucania zainteresowania cywilizacyjnymi osiągnięciami, choć teoretycznie są złe. Ja album przesłuchałam kilkanaście razy, zrozumiałam jego przesłanie, przyznaję się do winy, ale dalej będę jeździć samochodem.

Bardziej od idei przewodniej płyty, z którą mogłabym polemizować i co chętnie zrobię jak zaproszę L.U.C.a na piwo, interesuje mnie jej warstwa muzyczna, brzmieniowa, aranżacyjna i konstrukcyjna. Spokojnie można określić ją ogólnie terminem trip-hop, o ile interpretujemy go jako „hip-hop na kwasie”. Treść krążka determinuje jego charakter, nie brakuje więc mroku, lekkiej psychodelii czy pierwiastka histerii, obok których egzystuje ironia, sarkazm i parodia. Kolaboracja L.U.C.a z Rahimem oznacza też zderzenie dwóch osobowości w melorecytacji – abstrakcyjnej zabawy słowem i skojarzeniami u L.U.C.a oraz prostszym, bardziej dosadnym stylem Rahima. Co dość typowe dla produkcji sygnowanych pseudonimem lidera Kanału Audytywnego, sporo tu instrumentacyjnego potraktowania głosu, co najlepiej odzwierciedla żonglerka wyrazami o podobnym brzmieniu (wersja mistrzowska w „Nibyminipocieszne Psychomaterionety”) i intonacją (trudno nie usłyszeć falsetowego kończenia wyrazów we fragmencie „Dzieki Ekstrementom Sinic”). Często te zabiegi odciągają uwagę od samej liryki, którą zresztą nierzadko trudno usłyszeć (wolumen podobny jak podkładu, przez co nie raz miałam wrażenie, że wszystko się zlewa), ale to z kolei pozwala na dokonanie wyboru – czy wsłuchujemy się w treść, czy wsłuchujemy się w muzykę.

Płaszczyzna instrumentalna zaskakuje. Znamy ją już wprawdzie z solowego debiutu L.U.C.’a, tam jednak podkłady przedstawiały się bardziej selektywnie, tu natomiast stanowią zbitą, ciężką, uderzającą masę brzmieniową. Z niej sporadycznie wybijają się solówki skrzypiec i wiolonczeli (a nie od dziś wiadomo jak pięknie trio smyczkowe potrafi ubarwić dźwięk elektroniki) i znakomite wokalizy Justyny Antoniak, podkreślające paranoiczny klimat osiągający apogeum w końcowym utworze czy śpiew Marii Peszek, która z utworu „Hemoglobiną” uczyniła prawdziwą perłę. Podkłady z „Homoxymoronomatury” mogłyby spokojnie służyć jako soundtrack do filmu katastroficznego – i w pewnym sensie nim są.

Choć po pierwszym przesłuchaniu „Homoxymoronomatury” zapaliła się u mnie lampka intensywnego entuzjazmu, album nie rozłożył mnie tak, jak solowy debiut L.U.C’a. Był bardziej osobisty, poza tym preferuję trip-hop w jego solowym wykonaniu. Nie zmienia to faktu, że do „Homoxymoronomatury” często wracam i na pewno będę to robić jeszcze przez długi czas. Bo niezależnie od tego jak wybujałe mam wymagania względem twórczości L.U.C.’a, w duecie z Rahimem przyrządził on coś wyśmienitego.

Kaśka Paluch