Tricky w Warszawie i w Krakowie

+ support: L.U.C.
22 listopada 2008, Warszawa, Palladium
23 listopada 2008, Kraków, klub Studio

Od paru dobrych lat w Polsce nie mamy większych trudności ze ściąganiem na koncerty gwiazd światowego formatu. Problemem jest za to złapanie ich w odpowiedniej formie i z odpowiednim materiałem, czego świetnym przykładem jest chociażby to, co zaprezentował duet Goldfrapp w Gdyni w tym roku. I właśnie obawy dotyczące tego, co i jak zagra kolega Tricky w trakcie występu w krakowskim klubie Studio, zdominowały moje odczucia przed koncertem. Okazały się one jednak zupełnie bezpodstawne. Starsze produkcje miały tu swoją godną reprezentację, a premierowe zyskały zupełnie nową jakość. Każdy, kto tego nie doświadczył (czy to w Warszawie dzień wcześniej, czy w Krakowie) z pewnością ma czego żałować. Ale po kolei…

W trakcie obu koncertów Tricky’ego w Polsce na otwarcie przewidziano recital L.U.C. Krótki, bo zaledwie półgodzinny występ (zawierał dosłownie kilka piosenek), miał jedną podstawową wadę: muzyka w ogóle nie było słychać, a jeśli już przebił się przez ścianę dźwięku, to i tak ciężko było wszystko zrozumieć. A to, w przypadku tak zacnego tekściarza, było szczególnie bolesne. Natomiast jeżeli chodzi o kwestie zależne wyłącznie od zespołu, nie mam praktycznie żadnych zastrzeżeń. Największą siłą L.U.C. było to, że nie grał z kompleksem supportu. Niezłe show, lekkie rozimprowizowanie (wielki szacunek dla Zgas’a), dużo energii – artysta postanowił zafundować intro wyposażone właśnie w takie cechy i wyszedł z tego obronną ręką.

O godz. 21.00 na scenie pojawiła się gwiazda wieczoru. Tricky’emu na koncertach towarzyszy dwójka gitarzystów, perkusista, klawiszowiec oraz wokalistka (na tym etapie tournee jest to urocza Francesca Belmont). Na wejście otrzymaliśmy najlepszą kompozycję z „Blowback”: „You Don’t Wanna”, tym razem w wersji instrumentalnej. Po niej Tricky sięgnął po bombę w postaci nastrojowego „Past Mistake”. W tym miejscu wypada opisać reprezentację „Knowle West Boy” – krążka, z którego utwór pochodzi. Płyta nie powala na kolana, więc poza wspomnianym utworem nie robiłem sobie apetytu na pozostałe kompozycje z ostatniego albumu A. Thawsa. A jednak, mimo że stanowiły one bazę całej setlisty, wcale nie czułem się zawiedziony. Dlaczego? To, co znajdziemy na ósmej płycie Tricky’iego, zostało potraktowane wyłącznie jako szkicownik, zbiór pomysłów. Wszystkie premierowe piosenki na żywo wypadają o niebo lepiej. Można się było tego spodziewać po energetycznych singlach „Puppy Toy” i „Council Estate”, ale wykonanie niepozornego „Joseph” wprost zapierało dech w piersiach i zaskoczyło pięknym aranżem. Był to jeden z tych momentów, kiedy chciało się zatrzymać czas i rozkoszować każdym dźwiękiem bez końca. Sprawa utworów z kultowego „Maxinquaye” była o wiele prostsza. Te piosenki bronią się same i trzeba by bardzo się postarać, żeby nie zrobiły na nas piorunującego wrażenia, zwłaszcza „Black Steel” odegrane z prawdziwym pazurem.

Koncerty Tricky’ego mają swoją specyfikę. Po pierwsze ze względu na wspomniane aranżacje. Jeżeli ktoś nie znał zbyt dobrze twórczości A. Thawsa, mógł odnieść wrażenie, że jest on artystą rockowym. Jego występy nie gwarantują tyle trip-hopowego nastroju, co gitarowego szaleństwa. Świetnym przykładem jest zagrany na finał „Ace of Spades”, w trakcie którego energia dosłownie roznosiła klub. Do tego Tricky wydłużył czas trwania wielu utworów. Najlepiej ilustruje to „Vent” rozciągnięty do granic możliwości. Zespół dosłownie zmasakrował wersję studyjną. No właśnie, skoro jesteśmy już przy zespole, nie sposób nie pochwalić zgrania i profesjonalizmu jego członków. Na uznanie zasługuje również Francesca Belmont obdarzona zmysłowym kobiecym głosem; takim, jaki sam Tricky lubi najbardziej. W trakcie tego przekrojowego koncertu Francesca dała popis plastyczności swojego głosu, momentami brzmiąc jak jej znakomite poprzedniczki.

Kolejnym charakterystycznym punktem każdego występu tego składu jest postać samego lidera. Tricky to postać charyzmatyczna, ale również ekscentryczna w swoim zachowaniu. Nie było miejsca na i pod sceną, w którym by chociaż na chwilę się nie pojawił. Zaskakujące jest to, że w miarę upływu czasu sprawiał wrażenie, jak gdyby miał coraz więcej energii. Muzyk jest przy tym odrobinę demoniczny. Wrażenie potęguje jego astmatyczny wokal, który przechodził od cichych pomruków do urywanych wrzasków. To wszystko sprawiło, że Tricky zasłużył na miano najprawdziwszego szamana. W trakcie swojego przedstawienia zawładnął publicznością do tego stopnia, że pod koniec wystarczyło dosłownie uniesienie ręki, aby po chwili w klubie rozległa się fala krzyków i oklasków.

To fascynujące, że w przeciągu kilku miesięcy było mi dane wysłuchać dwóch legend trip-hopu na żywo. Ich występy różnią się jednak diametralnie. O ile Massive Attack stawiają na profesjonalnie zaplanowane show, w którym nie ma miejsca na pomyłki, o tyle Tricky wybrał bardziej żywiołowy i nieokrzesany sposób na koncert. Podejrzewam, że jego szaleństwa z mikrofonami i statywami przyprawiały technicznych o zawrót głowy. Wyczyny jak chociażby wyjście do publiczności u Massive Attack są praktycznie nie do pomyślenia. Jak się okazuje obie tak skrajne taktyki sprawdzają się. Dlaczego? Bo najważniejsza pozostaje muzyka. A tego wieczoru Tricky o tym nie zapomniał.

tekst: Rafał Maćkowski
foto: Paweł Kwiatkowski (pełna fotorelacja z Warszawy tutaj)

Setlista:
You Don’t Wanna (instrumental)
Past Mistake
The Love Cats
Black Steel
Puppy Toy
Girls
Pumpkin
Rap
Veronika
Dear God
Christiansands
Lyrics of Fury
Overcome

Move
Vent
Joseph

Tricky Kid
Council Estate
Ace of Spades

Rafał Maćkowski

fot. Paweł Kwiatkowski (fotomusic.pl)

L.U.C.

Tricky

Podobne

Komentarze: