Sziget Festival 2008

10 things to do, before you die…

… głosił poradnik festiwalowicza, mówiący o tym jak gubić starych przyjaciół, znajdować nowych, odwiedzić wszystkie atrakcje Wyspy, nie umrzeć z głodu i radzić sobie z kacem. W tym roku na Sziget Festival udało nam się być tylko przez dwa wieczory. Z jednej strony to mało – w stosunku do festiwalu, który trwa przecież cztery razy dłużej. Ale z drugiej strony to dużo – bo dwa dni wystarczają by wdrożyć się w atmosferę imprezy i jednocześnie nieco się nią zmęczyć. A były ku temu powody.

Jakkolwiek w zeszłym roku co jakiś czas kapał uciążliwy deszczyk, tak teraz z nieba nie spadła ani kropla wody, lał się za to żar gorąca podnosząc temperaturę powietrza niejednokrotnie do 39 stopni, co dla „ludzi gór” było trudne do wytrzymania. Do tego wszystkiego nad wysuszoną glebą unosił się piach i kurz, które konsekwentnie zapychały nozdrza i płuca – choć organizatorzy robili co mogli (polewając publikę i ziemię pod nią wodą). Plus, jak zawsze, tłum i głośna muzyka.

Pierwszy wieczór rozpoczęłyśmy przy dźwiękach francuskiego kombajnu muzycznego, miksującego folk, jazz, elektronikę, funk, punk i Bóg jeden wie co jeszcze, w dynamiczną, pulsującą masę – Les Touffes Krétiennes. Szybko przekonałyśmy się, że do wyboru mamy dwie opcje – dać się porwać tłumowi wewnątrz namiotu Converse Wan2 Stage, szaleć w tańcu i ogłuchnąć bądź przysłuchiwać się koncertowi przed namiotem. Ja z racji akredytacji fotograficznej mogłam (a właściwie: powinnam) jeszcze stanąć na moment (czyt. kilka zdjęć) bezpośrednio pod sceną – a tam amplitudy dźwięku rozrywały czaszkę. Wniosek jest prosty: było za głośno. I choć nie udało nam się „obskoczyć” wszystkich interesujących festiwalowych namiotów, to wiemy (od naszych tajnych informatorów), że na innych koncertach było podobnie – np. Oszibarack, Neo czy Kraak & Smaak, który we fragmencie udało nam się „przeżyć”. Szkoda, bo do tej pory pod względem nagłośnienia do Sziget nie miałam żadnych zarzutów.

Les Touffes Krétiennes

Inaczej rzecz się miała ze scenami „otwartymi”. W czwartek na Main Stage’u, gwiazdą wieczoru był sam Jamiroquai – starzy znajomi z Krakowa (dla przypomnienia: Jamiroquai wystąpili dwa miesiące temu na Wiankach). Od czasu wizyty w Polsce niewiele się zmieniło – ani setlista, ani wykonanie, jedynie wizualizacje. Na Scenie Głównej jednak jakość odsłuchu koncertu była znacznie bardziej komfortowa – w przeciwnym razie fotoreporterzy stojący karnie do czwartego utworu pod sceną, musieliby być z fosy wynoszeni. Tysiące ludzi porwanych w taniec przez największe hity zespołu, to jedyne skojarzenie jakie nasuwa się po tym koncercie. Jamiroquai to pewna marka i grupa raczej niczym nas już nie zaskoczy, co wcale nie musi mieć pejoratywnego wydźwięku.

Jamiroquai

Po nabraniu sił w VIP/Pressroomie ze zbawczymi „wodnymi” wiatrakami, nadszedł czas na tradycyjne tour de fest-life czyli przypatrywanie się przez obiektyw zajęciom, którym poddają się festiwalowicze, kiedy akurat nie skaczą pod sceną. I wbrew pozorom czas ten nie jest spędzany całkowicie w kolejkach do baru i toalet. Sziget Festival to – jak już pisałam ostatnio – kilka kilometrów placu zabaw, na którym znajdziemy chyba wszystko. Od stołów do tenisa stołowego, boiska koszykówki, przez automaty „piłkarzyki” (na których reprezentacja redakcji 80bpm.net rozegrała śmieszny mecz z grupą Francuzów – wynik nieznany) po… kasyno.

Mecz w „piłkarzyki” – rozegrany z właściwą naczelnej determinacją i samozaparciem czyli jedyną nadzieją przy chorobliwym niedoborze refleksu i zdolności manualnych 😉

Kasyno, w którym można było zyskać… albo stracić

Przyjemnym zaskoczeniem okazał się koncert, odwiedzony właściwie przypadkiem, węgierskich lounge’owców – Lushlife. Minimalistyczna scena, kameralna atmosfera, przyjemna muzyka, relaksowały i wpompowywały nieco energii.

Lushlife

Drugiego dnia cel był jeden – Transglobal Underground feat. Natacha Atlas. Bez wątpienia w przedweekendowych imprezach, które możemy oceniać, był to najlepszy występ na Sziget. Transglobal Underground w pełnym składzie i z pełną mocą, oraz olśniewająca Natacha Atlas – było nie było, kobieta-legenda – plus hipnotyczny taniec tysięcy ludzi pod główną sceną World Music, to przeżycia, dla których warto przemierzać kilometry i wdychać kurz. Mimo, iż de facto nie był to koncert solowy Natachy, uraczyła nas kilkoma utworami ze swoich płyt, w tym hit „I put a spell on you”, który zatrząsł ziemią.

Tego wieczora w „naszych” klimatach zagrał też Parov Stelar. My po tradycyjnym obejściu wioski afrykańskiej pożegnałyśmy się z festiwalem. I jak zawsze – spore zmęczenie mieszało się z zadowoleniem. Ot, domena festiwali tego typu.

Transglobal Underground feat. Natacha Atlas

Wioska afrykańska

Długo zastanawiałam się czy i jak podsumowywać festiwal – pod względem artystycznym zespoły nas interesujące wypadły bardzo dobrze, jednakowoż nie jest to specjalnym zaskoczeniem – stanowią one „przysłowiową” klasę samą w sobie i jakoś trudno mi wyobrazić sobie, by artyści z kilku/kilkunastoletnim i dość wyrównanym stażem mogli popełniać błędy na scenie czy jakoś niezwykle zaskakiwać. Ponadto, niestety standardowo, na Sziget Polaka powinno uderzyć to, jak Węgrzy radzą sobie z organizacją tego kolosalnego przedsięwzięcia. I nie wykorzystując nic ponad logikę i zdolność wyobrażeniowego przewidywania, tworzą imprezę bezpieczną i w miarę wygodną. Jeśli chcecie wiedzieć czym jest festiwal (głównie) muzyczny pod gołym niebem to Sziget jest jedną z tych tytułowych „dziesięciu rzeczy, które należy zrobić przed śmiercią”.

Kaśka Paluch

Podobne

Komentarze: