Skinny Patrini "Duty Free"

skinnyWolni od zobowiązań i roztańczeni

Ostatnio szczególnie i ze wzmożoną siłą udzielają się duety. Nie wiem, jak można by to wytłumaczyć psychologicznie, socjologicznie lub jakoś inaczej „icznie”, ale duety te osiągają zaskakujący sukces. Może współdziałanie dwóch osób ma podłoże naturalne? W końcu w naszym organizmie prawie wszystkiego jest parzyście: dwoje uszu, dwoje oczu, dwie komory serca i dwie półkule mózgowe i tak dalej. Jakkolwiek by nie było, połączenie Patrini – Skórka zaowocowało idealnym, jednym organizmem. Organizm zapakowano w woreczek z napisem „electro”, ale wszyscy już wiemy, że zamykanie nowych projektów w jakieś stare ramy gatunkowe nieco mija się z celem. Tak więc na wszelki wypadek nie będe nazywać Skinny Patrini „duetem electro” (pomimo, że takim określeniem sami się mianują), żeby nikogo nie zniechęcić i w drugą stronę – żeby się nkt specjalnie nie nastawił na electro w czystej postaci.

Kilka razy już mówiłam i pisałam o tym, jak bardzo żałuję, że Goldfrapp (notabene – też duet) na swoim ostatnim albumie daleko odeszło od szaleństwa z „Supernature” chociażby. Pomimo, że Alison Goldfrapp nadal uchodzi za jedną z najbardziej ekstrawaganckich osobowości muzycznej sceny, to jednak rozmemłane sowy i clowny niezbyt mnie urzekają. Ale to w ramach dygresji i nakierowania was na styl „głów końskich” i innych ciekawych wynalazków, jakimi Goldfrapp raczyło nas jeszcze kilka lat temu. Otóż padało wówczas stwierdzenie, iż duet ten wychylił się nieco w kierunku electro z zahaczeniem o lateksowy styl disco. Zdania były – i nadal są – podzielone. Ale w moim odczuciu taki kierunek rozwoju muzyków stał się jedną z jaśniejszych gwiazdek na firmamencie ich kariery. I to właśnie z tym stylem i kierunkiem od pierwszych dźwięków kojarzą mi się dokonania Skinny Patrini.

„Duty Free” to jeden z tych krążków, które należy włączać z samego rana: dla dobrej energii, dla rozruszania, dla nabycia swoistego dystansu do otaczającego nas zagonionego świata. Długoletni znajomi – Michał Skórka i Anna Patrini – wykorzystali zmyślnie atuty swojej muzycznej wyobraźni, zdolności technicznych, jak i możliwości wokalnych. Pomimo, iż projekt nastawiony jest na stylistykę electro, to nie usłyszymy tu swoistych nierzadko trudnych do zniesienia plastikowych dźwięków, zbytniej cukierkowatości. Poszczególne utwory wpadają w ucho zarówno pod względem melodycznym, jak i czysto brzmieniowym. Nie muszę spejclanie ukrywać, iż energia albumu, jego rytmiczność i nietuzinkowa taneczność sprawiają, że nogi same kiwają się w takt muzyki. Uwagę przykuwa z jednej strony warstwa „instrumentalna” (elektroniczna), z drugiej – wokalna. Muzycznie materiał nie nuży – elektronika bardzo profesjonalnie odzwierciedla na przykład ostre, rockowe brzmienie gitar (Delicious), ciekawie pomyślane zostały też basy, które wyznaczają charakter utworu (bardzo, bardzo perkusyjne i nieco… kosmiczne). Jeżeli przysłuchamy się uważnie wokalistce, to stwierdzimy że panna Anna Patrini nie wysila się specjalnie wokalnie – żadnych koloraturowych szaleństw, żadnych uroczych kantylen. I chwała bogu. Ania znalazła w sobie taką barwę głosu, która idealnie współgra z elektronicznym tłem, czyli miłośnicy Alison Goldfrapp czy Roisin Murphy mogą zacierać ręce. Jednym, jedynym utworkiem, który wybija sie z błyszczącego kolorowymi światłami klimatu, jest końcowe Evening Dress. Trochę zaskakujące, ale w gruncie rzeczy – urocze. Numerek delikatny, zwiewny, troszkę zamglony, troszkę senny. I to dzięki niemu możemy ostatecznie przekonać się o kunszcie wokalnym Ani i producenckim – Michała.

Okładka „Duty Free” nieco mnie przeraziła, zaszufladkowanie do „electro” – również. Po pierwszym odsłuchu przekopałam sieć w poszukiwaniu jakichś wskazówek, gdzie się ukrywali ci nasi rodacy, kiedy polska scena elektroniczna zdychała w nudzie. Skinny Patrini nagrali album, który spokojnie mozna postawić obok największych i najbardziej cenionych dokonań artystów zagranicznych. Doprawdy – nie mamy sie czego wstydzić.

Jadwiga Marchwica

Podobne

Komentarze: