Sinead O'Connor w Poznaniu

16 lipca 2007, Międzynarodowy Festiwal Teatralny Malta, Teren Targów Poznańskich

Koncert Sinead O’Connor w Poznaniu, zamykający Międzynarodowy Festiwal Teatralny Malta nazywany był przez wszystkich „wisienką na torcie”, „wyjątkowym akcentem” tego trwającego parę dni wcześniej wydarzenia.

Bez wątpienia są to określenia trafne. Nie co dzień w Polsce występuje gwiazda tego pokroju. Sinead O’Connor to nazwisko mówiące przynajmniej „cokolwiek” każdemu, kto w ogóle ma w domu radio czy telewizor. A „Nothing Compares 2 U” znają nawet ci, którzy nie wiedzą, że to utwór Sinead O’Connor (gwoli ścisłości: to kawałek napisany przez Prince’a, ale kto się teraz nad tym zastanawia?).

Poza muzyczną sławą, Sinead zdobyła także popularność dzięki skandalom, jakie lubiła wywoływać. Od zgolenia głowy na łyso po podarcie zdjęcia papieża w czasie koncertu. Można ją kochać lub nienawidzić, ale nie da się jej nie znać.

Fotoreporterzy, których spotkałam na konferencji prasowej, jaka odbyła się dzień przed koncertem w hotelu Sheraton, mający przyjemność towarzyszenia przy przyjęciu wokalistki na lotnisku, wspominali, że szokujące jest pierwsze wrażenie – skromna, drobna kobieta, której zachowanie w niczym nie przypomina szumu, jaki sławy lubią wokół siebie robić. Istotnie, gdy czekaliśmy na konferencję i Sinead w końcu pojawiła się na sali, prawie tego nie zauważyliśmy. Cicho, jakby przestraszona minęła zaskoczonych dziennikarzy, w tym niżej podpisaną i zajęła miejsce za biurkiem – gdzie skutecznie zasłoniły ją ustawione wcześniej mikrofony. Odpowiadała na pytania cicho i spokojnie, dając sobie często czas na dłuższe zastanowienie. Mimo tego, co bardziej swawolne wypowiedzi z drugiej strony potrafiła inteligentnie i ostro skomentować, albo ucinała krótko tematy, na które nie miała ochoty rozmawiać. Przy okazji udowadniając, że poczucia humoru również jej nie brakuje.

Dokładnie to samo zachowanie mogliśmy zauważyć na koncercie. W towarzystwie ryku publiczności na scenę wyszła speszona artystka, która zdawała się być zdziwiona całym tym wielkim zamieszaniem i ilością obiektywów skierowanych w jej stronę z fosy dla fotoreporterów. Już na początku mogliśmy doskonale przekonać się, jakie są jej możliwości wokalne na koncertach na żywo. Szczególnie w „You Made Me A Thief Of Your Heart”, gdzie znane wszystkim fanom apogeum wokalne w mniej więcej dwóch trzecich utworu wyszło o niebo lepiej niż to znane z płyty. Bardziej dramatycznie, chropowato i przejmująco. Na twarzy widzieliśmy powagę i pełnię skupienia.

Gdy po pierwszych trzech utworach obsługa grzecznie wyprosiła nas spod sceny i kazała schować aparaty, a ja wylądowałam w sektorze pierwszym jako widz i słuchacz, mogłam przystąpić do dokładniejszej oceny strony muzycznej. Interesujące były mocno akustyczne aranżacje niektórych utworów, jak choćby hit „Nothig Compares 2 U” rozpoczynający się li tylko gitarowymi akordami czy „I Am Stretched On Your Grave”, który tym razem nie rozpoczął się wstępem perkusyjnego „breaku”. Ale nie brakowało mocy – „Fire On Babylon” nie tylko uderzył nas ścianą dźwięku. Jego rozwinięcie pod koniec, przejście na dynamiczne, skoczne reggae z dub’owanym głosem zrobiło wrażenie, jakiego nie zrobiłby nawet najlepszy sprzęt odsłuchowy w domu. Miłym zakończeniem koncertu okazał się bis, bo zostaliśmy z Sinead zupełnie sami. Wzięła do ręki gitarę, poprosiła by śpiewać razem z nią, bo „wtedy mniej się wstydzi” i przy bardzo oszczędnym akompaniamencie instrumentu zaśpiewała trzy utwory – brzmiały niemal a capella. Subtelnie i intymnie, co kontrastowało z nie raz szokującymi fragmentami tekstów „Black Boys On Mopeds”.

Zastanawiające było dla mnie to, co działo się na scenie w sprawach nagłośnienia. Raz po raz któryś z muzyków, w tym Sinead, pokazywali dźwiękowcom, ze czegoś nie słychać, bądź czegoś na odsłuchu jest zbyt dużo. Ciekawi mnie czy to właśnie było powodem tego, że wokalistka momentami „połykała” głos albo nienaturalnie go ściszała. W pewnym momencie – właśnie przy wspomnianym „Fire On Babylon” – pomyślałam nawet, że Sinead ma spore problemy z głosem, wątpliwości rozwiała jednak końcowa solówka po pełnej skali – tak nie śpiewa ktoś, kto ma jakikolwiek problem.

Przede wszystkim jednak była to uczta pod względem stricte muzycznym, artystycznym i estetycznym. Podobnie jak przy okazji koncertu Bjork, który komentowałam dwa tygodnie temu miałam w tym względzie mały problem. Nie dlatego, że uwielbienie do obu wokalistek przeszkadza mi w obiektywnej ocenie ich możliwości na koncertach, ale dlatego, że trudno tak naprawdę krytykować artystki, które recenzowali chyba wszyscy krytycy muzyczni świata i których wieloletnie doświadczenie na scenie nie pozwala na jakiekolwiek rażące w mniejszy lub większy sposób potknięcia. Na koncercie Sinead O’Connor dostałam dokładnie to, czego oczekiwałam – profesjonalizm, klasę, styl no i oczywiście znakomitą muzykę.

tekst: Kaśka Paluch

fot. Kaśka Paluch

Podobne

Komentarze: