Pati Yang "Faith, Hope + Fury"

faithhopeSłucham tej płyty i słucham i wciąż nie bardzo wiem, co ja mam o niej myśleć. Nie ukrywam, że czekałam na kolejne solo Pati z niecierpliwością, zwłaszcza po sukcesie Flykkillera (nie tylko w moim prywatnym rankingu). Spodziewałam się dwóch opcji – kontynuacji chilloutowo-popowych klimatów „Silent Treatment” albo sporego wpływu trip-hopowego Flykkillera. A tu niespodzianka, na najnowszej płycie Pati Yang stanęła, brzydko mówiąc, w rozkroku, jedną nogą na „Silent…”, drugą na Flykkillerze. I dlatego nie wiadomo co o tej płycie myśleć.

Kiedy pierwsze odsłuchy „Faith, Hope + Fury” były raczej towarzyszeniem do codziennych zajęć, cała płyta przelatywała obok uszu i nie pozostawiała po sobie żadnego śladu czy wrażenia. Dopiero gdy zaniepokojona tym faktem zaczęłam bardzo uważnie, wręcz analitycznie przysłuchiwać się albumowi, uzmysłowiłam sobie co z nim jest nie tak.

Przede wszystkim ciężko wyczuć, z której strony krążek ugryźć. Traktować go jako rozmiękczony trip-hop, czy utwardzony pop? Z jednej strony podkłady sugerowały by coś naprawdę mocnego, przynajmniej w większości przypadków. Masywne, soczyste bity i głęboko osadzony bas, a do tego… wyjątkowo delikatny wokal o popowej, choć mało wyrazistej, melodyce. Nie ma nic złego w każdej z tych estetyk osobno, ale razem gryzą się jakoś jak czerwone spodnie z niebieskimi skarpetkami.

Jest jednak kilka momentów wybitnych, dla których warto było tę płytę nagrać (i posłuchać). Mam na myśli „Over”, w którym gdzieś pobrzmiewa stylistyka skandynawskiego elektro. Do „The Stories From Dogland” mam sentyment po ostatnim koncercie na festiwalu Off Camera, poza tym przypomina mi dawniejszą transową, trochę psychotyczną Goldfrapp. „A Little Wrong” z kolei brzmi, jakby urwało się z jakiegoś pokręconego, filmu. I na koniec utwór „The Boy In Your Eyes” – może słodki, ale w jego melancholii znajduję coś urzekającego. Te cztery kawałki mają jeden wspólny mianownik – wyraźną, dopracowaną współpracę między warstwą instrumentalną – harmoniczną – a melodyczną. Reszta sprawiła na mnie wrażenie, jakby podkład powstał najpierw, a wokal został do niego wykoncypowany na szybko (choć pewnie tak nie było – tym gorzej). I w tym wszystkim nowe solo Pati brzmi po prostu mało oryginalnie.

Może indywidualność Pati została nieco przytłoczona przez ilość współpracowników (było nie było –zacnych), może zrobiły to prawa rynku – nie wiem. W każdym razie jestem dość rozczarowana. Teraz czekam na kolejne dzieło Flykkillera, gdzie – miejmy nadzieję – będzie już naprawdę bezkompromisowo.

Kaśka Paluch

Dziennikarka muzyczna, twórczyni 80bpm.net. Współpracuje między innymi z portalami Onet.pl i Noisey.

Podobne

Komentarze: