Nitin Sawhney "Prophesy"

prophesyNitin jest artystą, który ma w swej duszy cztery strony (a może raczej struny) świata. Świetnie ukazuje to w poprzednich krążkach będących jawnymi protestami przeciwko rasizmowi, którego niestety sam padł ofiarą, ukazują jak azjatycki imigrant odnajduje się w Europie poprzez budowanie najpiękniejszych mostów między wschodem i zachodem, którymi są bez wątpienia jego płyty. Opisując samego muzyka należy jeszcze dodać, że to prawdziwi człowiek renesansu. Prowadzi bowiem warsztaty na uniwersytecie, jest kompozytorem, producentem, aktorem i obieżyświatem. I to właśnie podróże stały się główną inspiracją do powstania „Prophesy”.

Longplay, który zaczyna się od utworu „Susnet” (zachód słońca) nie może zapowiadać specjalnie ciepłej i sympatycznej przygody z muzyką. Piosenka świetnie nadaje się na wstęp, jest bowiem jedyną chyba tak klimatyczną, chilloutową i soulową pozycją wybraną z resztą na singiel. Jej dźwięki są jak ostatnie promienie zachodzącego słońca, które pierwszy raz możemy poczuć i chłonąć nie tylko wzrokiem. Trafiają przede wszystkim do serca. Taka właśnie jest też pierwsza część „Prophesy”. Raczej delikatna, breakbeatowa połączona z muzyką hinduską stanowi niejako wprowadzenie. W doborowym towarzystwie tych utworów należy wyróżnić „Moonrise” (kolejny astronomiczny tytuł), przyjemnie latynoski duet z Niną Mirandą (wokalistką Smoke City). Taki klimat utrzymuje się właśnie do tej kompozycji. Potem zapada już noc, a wraz z nią przychodzą takie perełki instrumentalne jak „Breathing Light”. Atmosfera staje się coraz bardziej eteryczna. Tak jakby Sawhney w poprzednim wcieleniu był czarnym kotem, indywidualistą, który odbywa nocne wyprawy w świetle księżyca. Na pożegnanie już stricte trip-hopowe utwory: singiel „Cold & Intimate” i coś, co fachowcy nazywają mantrą (dla mnie to po prostu trans wg Hindusów z narastającym napięciem) w postaci „Prophesy”. Po takich pozycjach na pewno nie ma się ochoty rozstawać z płytą.

Krążek podąża tropem „Beyond Skin” z 1999r. , ale można go nazwać większym collagem, amalgamatem w porównaniu z poprzedniczką. Jest to oczywiście interesujące, ale brakuje tego aranżacyjnego rozmachu, tchnienia chłodnego wiatru co w „Beyond Skin”. Ten drobny zarzut jednak ustępuje miejsca poważnym atutom. Na każdym kroku czuje się bowiem, ze muzami Nitina są ludzie i dla ludzi komponuje. Podczas wspomnianej już podróży poznawał historie zarówno dzieci z ulicy jak i szamanów czy przywódców. To nadaje albumowi swego rodzaju metafizyki. Nieprzeciętna elektronika, którą Nitin żongluje tak popisowo jak cyrkowiec, w którą wbijają się azjatyckie akcenty (czym bez nich byłaby jego muzyka?) łączą się z czystym trip-hopem, downtempo i brzmieniami akustycznymi. Do tej mieszanki artysta dorzuca jeszcze wokalistki :m.in. wspomniana już Nina Miranda, Terry Callier, Natasha Atlas, Tina Grace oraz cały sztab współpracujących z nim muzyków.

Dotykany dyskryminacją rasową Nitin powiedział kiedyś, ze z opresji rodzi się ekspresja. To nadaje sensu cierpieniu jego i innych ludzi. Nad tą płytą bez wątpienia krąży magiczna duchowość. W jej tytule mamy tajemnicze słowo przepowiednia. Czy rzeczywiście jest prorocza? Oceńcie już sami…

Rafał Maćkowski (el.greco)

Podobne

Komentarze: