Ming "Red"

mingMing wydaje pod szyldem wytwórni Hombre, co mnie nieco zdziwiło, bo co jak co, ale ten label kojarzy mi się prawie wyłącznie z hip-hopem. Sprawa wyjaśniła się nieco gdy okazało się, iż pod tym pseudonimem tworzy Andy Keep – producent od czasu do czasu i tzw. niewidzialny trzeci członek hip-hopowego kolektywu Earthling. Skoro już wyjaśniliśmy sobie skąd Ming w Hombre, warto wspomnieć jeszcze, że jest z nimi od 2000 roku.

„Red” to przede wszystkim – jak na prawdziwy trip-hop przystało – generowane elektronicznie dźwięki połączone, rzecz jasna, z przepięknym wokalem Jo-Kate Benson. Nie we wszystkich utworach usłyszymy śpiew – niektóre z nich są wyłącznie zabawą instrumentalną, na dodatek ocierającą się lekko o drum’n’bass poprzez swoją „złamaną” perkusję. Na temat tychże elektronicznych brzmień powiedzieć można właściwie tyle, że wyprodukowane są z klasą i na naprawdę wysokim poziomie. Dla wprawionego ucha miłośnika technicznie generowanej muzyki to prawdziwa uczta.

Mnie w utworach Ming najbardziej do gustu przypadła właśnie rytmika. Wspomniałam już, że perkusja jest łamana tudzież synkopowana jak w porządnym breakbeacie typu drum’n’bass w lżejszej wersji. Najmocniej uwidacznia się to w drugim utworze „Fish”, który wręcz rozbroił mnie przeniesieniami akcentów na słabsze części taktu. Jako, że jestem niezwykle wrażliwa na tego typu smaczki, dla „Red” zaowocowało to mocnym, wielkim plusem.

Jedynym elementem, do którego mogę się przyczepić jest wokalistyka. Jak dla mnie, pani Benson mogłaby miejscami skracać śpiewane przez siebie dźwięki, bo zbyt duża ilość „przeciągania” głosek jest na dłuższą metę po prostu irytująca.

Niemniej jednak „Red” jest jednym z najlepszych trip-hopowych albumów jakie ostatnimi czasy słyszałam. Co prawda Ming nie może konkurować z wielkimi tego nurtu – do nich jeszcze mu trochę brakuje – ale ten krążek spodoba się każdemu miłośnikowi smutnej elektroniki.

Kaśka Paluch

Podobne

Komentarze: