Massive Attack "Blue Lines"

ma-bluelinesCo nowego można powiedzieć o takiej płycie? Jak teraz ocenić krążek, który przyniósł grupie Massive Attack sławę, uznanie, miłość fanów, krążek, który stał się już legendą? Zazwyczaj przy pisaniu recenzji, słucham płyty, o której piszę – co jest zupełnie normalne, zrozumiałe, naturalne i oczywiste. “Blue Lines” natomiast znam tak dobrze, że mogłabym opisać każdą kompozycję na niej bez wrzucania albumu w odtwarzacz. Mimo wszystko podziękuję panu Jarrettowi i po raz n-ty w przeciągu kilku lat wcisnę “play” dla granatowej płytki wyciągniętej z pudełka, z symbolem “flammable gas” na zewnętrznej stronie okładki i rysunkiem zapałek w środku. Słyszę dobrze znaną linię basu, głos Shary Nelson i mam wrażenie, że wracam do ciepłego domu, z samego centrum zimowego, nieprzyjemnego chłodu.
Wiele osób mówi, że od “Blue Lines” zaczął się trip-hop. Ale czy na pewno to ten własnie album jest stricte trip-hopowy? Jeśli miałabym sugerować się dosłowną definicją tego stylu to rzeczywiście narkotyczny hip-hop, “upalony” rap na tle przestrzeni budowanej przez dub’ująco-jazz’ujące sample, mógłby świadczyć, że to, co słyszymy jest trip-hopem. Dla mnie jednak bardziej w tym gatunku osadzone są już następne płyty Massive Attack, a szczegółnie “Mezzanine” – bo są niespokojne, mroczne, hipnotyczne, narkotyzujące. Na dobrą sprawę “Blue Lines” wcale mrokiem przesączona nie jest – a to przeważnie mroku od trip-hopu oczekujemy. I można tak dywagować w nieskończoność, ale szczerze przyznam, że próby dokładnego zaszufladkowania czy zdefiniowania muzyki doprowadzają mnie do szału – wolę mówić “raczej…”, “mieszanka…” niż podejmować się dokładnego steoretyzowania czegoś, czego “naukowo” wyrazić się nie da. A więc “Blue Lines” to raczej trip-hop, mieszanka dub’u i hip-hopu, z subtelnymi acid jazzowymi elementami. Zresztą, jakby to powiedział Woody Herman*: “Label it whatever you like!”.

Prawdą niewątpliwie jest jednak to, że debiutancki krążek chłopców z Bristolu zmienił wielu osobom spojrzenie na muzykę. Niektórzy – jak ja – odnaleźli w nim to, czego szukali przez długi czas, a słuchanie go przypomina ten piękny okres, kiedy na MTV zupełnie zwyczajnie prezentowany był klip do “Unfinished sympathy”, który notabene, w mojej skromnej opinii, jest utworem o jakim za parę lat powinno się uczyć na lekcjach historii muzyki. Mimo upływu lat kompozycje z “Blue Lines” wciąż jeszcze przyprawiają o szybsze bicie serca, powiedziałabym, że dojrzewają z biegiem czasu – i nigdy się nie zestarzeją.

To jest krążek, który po prostu trzeba znać. Jeśli nie jest on dokładną definicją trip-hopu, to na pewno jest absolutną definicją prawdziwej przyjemności ze słuchania muzyki.

Kaśka Paluch

(*Woody Herman – klarnecista jazzowy, grający w latach 30-80.)

Jadwiga Marchwica, z-ca red.nacz | jmj [at] 80bpm.net

Podobne

Komentarze: