Lena & The Floating Roots Orchestra "Lost Wax"

lostwaxZacznę od odważnego i radykalnego stwierdzenia: jeśli nie posiadacie sprzętu z dobrym subwooferem albo przynajmniej słuchawek przyzwoicie przenoszących bas, nie zawracajcie sobie tym albumem głowy. Słuchanie „Lost Wax” bez możliwości nasyconej recepcji basu mija się z celem. Zdaje się bowiem, że nie bez powodu Mathias Delplanque podpisał swój kolejny nowy projekt pseudonimem Lena, a więc synonimem electro dubu najwyższej jakości.

Można mnie posądzić o specyficzny rodzaj obsesji na punkcie tego terminu, ale jest to kolejny krążek, którego nie przyporządkuję future dubowi, elektronice eksperymentalnej czy creepy-acid-grievous-jazzowi ale… trip-hopowi. Nic nie poradzę na to, że od początku „Lost Wax” obudził we mnie skojarzenia z „Maxinquaye” okrojonym z chwytliwych wokali (z jednym wyjątkiem). Propozycja Delplanque’a i jego orkiestry zaspokoi każde zapotrzebowanie ortodoksyjnego trip-hopowca: eklektyzm kontrolowany, intensywne wyzyskiwanie niskich rejestrów, odrobinę psychozy i osobliwą wokalistykę. Nie ma tylko hip-hopu, nawet tego na kwasie. Są za to psychodeliczne melorecytacje.

Warto w tym miejscu napomknąć kilkoma słowami o całym projekcie. Pod nazwą Floating Roots Orchestra kryje się zestaw instrumentalistów, których nazwiska niejednego konesera muzyki przyprawiają o dreszczyk. Wymienię jednym tchem: Rob Mazurek (kornet), Steve Arguelles (perkusja), Charlie O (organy), Charles-Eric Charrier (bas), Rasim Biyikli (klawisze), Sebastien Llinarès (gitara) i Jérôme Paressant (klarnet basowy). Brzmi interesująco? Naprawdę interesująco zabrzmi jak uruchomicie krążek w odtwarzaczu. A to nie koniec, bo mamy jeszcze kilku wokalistów: Black Sifichi, Daniel Givens, Alice Lewis, Neil Carlill i Julien Jacob. Nic dziwnego, że nazwali się „orkiestrą”.

Przy całej tej imponującej liczbie muzyków, interesujący i korzystny jest fakt, że ani raz nie pojawia się efekt dźwiękowego tłoku czy solowego przejedzenia. Instrumenty są na swoim miejscu i wynurzają się z infradźwiękowej masy w momentach, które temu najlepiej odpowiadają. Jak w dobrej orkiestrze – żadnych źle brzmiących czy wybijających z klimatu solówek, popisów i świecenia klapkami klarnetu. Jest za to pełna współpraca. Słowem: dobrze dyrygowany zespół.

Wspomnianym parę akapitów wyżej wyjątkiem od chwytliwych piosenek, jest prawie przedostatna kompozycja „Out Of Sync” – z malowniczym wokalem. Od momentu usłyszenia, to jeden z moich ulubionych utworów trip-hopowych. Choć do premiery krążka jeszcze dużo czasu, już teraz warto się nim zainteresować. Na witrynie MySpace grupy jest sporo materiału do przesłuchania, a na oficjalnej stronie Mathiasa – zapis koncertu tegoż projektu. Kto wie, czy to nie jeden z najlepszych krążków 2008…

Kaśka Paluch

Podobne

Komentarze: