Herbaliser "Take London"

takelondonSzturm na Londyn rozpoczęty. Duetowi Wherry & Teeba nie chodzi jednak o to, żeby zawładnąć stolicą Europy, wykurzyć Elżbietę II z pałacu Buckingham i zdobyć serca nastoletnich Angielek. Ich misja polega na tym, żeby zdmuchnąć znad miasta paskudny smog, rozwiać deszczowe chmury i sprawić, by cały Londyn kołysał się w ten sam rytm, w rytm muzyki z ich najnowszego krążka.

Szósta odsłona grupy The Herbaliser prezentuje się tak samo ciekawie co podobnie do poprzednich dokonań Brytyjczyków. Płyta, tym razem w sposób bardziej zakamuflowany, posiada chyba wszystkie atuty grupy, nie mniej, nie udało jej się szczególnie mnie zaskoczyć. Błyskotliwa kariera duetu (począwszy od debiutanckiego „Remedies”) przypomina ścieżkę pełną zawijasów i urozmaiceń, którą mimo to łatwo gdzieś dojść. Ich wcześniejsza muzyka porywa, zaś nowsze produkcje po prostu się podobają. Taki już urok The Herbaliser. Ważne, że wciąż biegną do przodu, zapożyczając z twórczości własnej jak i dokonań artystów, którzy inspirują duet, to, co najlepsze. I chyba na „Take London” więcej jest tych dobrych niż złych rzeczy.

The Herbaliser po raz kolejny ukazuje bogactwo muzycznych zakamarków, nieoczekiwanych zakrętów, objazdów i ciekawych dźwiękowych tras. „Take London” to płyta nie aż tak charakterystyczna, chociaż z drugiej strony momentami budzi uczucia typu „skąd ja to znam?”. Choć tak naprawdę od poprzedniego „Something Wicked This Way Comes” niewiele się zmieniło, bo znowu mamy mnóstwo kolaboracji, bo znowu jest filmowo, znowu raperskie kawałki spina się ambitną jazzująca muzyką, to panowie Wherry i Teeba wezwani do tablicy po raz szósty, zaliczają egzamin zupełnie bezproblemowo. „Take London” brzmi równie świeżo i porywająco.

Wielu porywało się na osąd, że The Herbaliser pozostaje grupą hip-hopową. Czy aby na pewno? Tak naprawdę chyba nigdy takową nie była. Nie ukrywam, że jednak najwięcej jest tu akcentów rapujących, które o wiele łatwiej przyswajam po sesji z One Self, to już w połączeniu z świetnymi podkładami stają się o wiele mniej oczywiste i klarowne stylistycznie. Przebojowo, choć wciąż ambitnie, jest na „Generals”, „Lord, Lord” i „Close Your Eyes”, zaś bardzeij ninjatunowo na prześlicznej „Song For Mary” (za takie utwory kocham The Herbaliser) czy „Sonofanuthamutha” (cokolwiek to znaczy).

Kiedy acid jazz staje w szranki z hip-hopem, kiedy w przebojowej i szalonej muzyce odnajdujecie ogromny profesjonalizm, kiedy jest akustycznie i elektronicznie, kiedy w jednym miejscu słyszycie mnóstwo upchanych wokali i jeszcze więcej świetnych podkładów, to prawdopodobnie puściliście w odtwarzaczu płytkę The Herbaliser. Myślę, że nie inaczej jest w przypadku „Take London”. Na podbój Londynu z pewnością wystarczy, na podbój całego globu nieco za mało.

Rafał Maćkowski (el.greco)

Podobne

Komentarze: