Emiliana Torrini "Love in the time of science"

emilianaSyrena, której ojczyzną są zarówno zimne wody Atlantyku u wybrzeży Islandii jak i gorące Morze Śródziemne (jest bowiem pół-Islandką, pół-Włoszką) , zainteresowała mnie, kiedy usłyszałem „Gollum’s Song” ze ścieżki dźwiękowej do filmu „Władca pierścieni. Dwie wieże”. Za każdym razem, gdy czytałem o niej, traktowano ją jak muzyczną bliźniaczkę Björk. Nie potraktowałem tego jako zarzut, ale jeszcze większą zachętę do poznania dyskografii Emiliany Torrini. Dziś jest jedną z moich ulubionych wokalistek.

Na samym wstępie piosenkarka wita nas energicznym utworem, który nawiązuje stylistycznie do pierwszych płyt Björk, „To Be Free”, w znacznym stopniu stanowiącym jej credo. Następnie mamy okazję wsłuchiwać się w coraz to bardziej nastrojowe i spokojne piosenki. Wtedy też wkrada się singiel „Unemployed In Summertime” – jedna z lepszych kompozycji; bardzo melodyjna, relaksacyjna, której jednak nie brakuje iskierki czyniącej ją wyjątkową. „Easy” i „Fingertips” to kolejne miłe dla ucha medytacyjne i wyciszone, choć nie senne utwory stanowiące spokojne intro do „Telepathy” – niezwykle ciężkiego do udźwignięcia przez wokalistki numeru. Towarzyszy nam słodkie narastające napięcie muzyczne, co sprawia, ze czujemy się jak podczas seansu, w którym Emiliana przekazuje nam swym niezwykłym głosem drzemiące w niej emocje, w czym jest po prostu świetna. „Telepathy” jest jednak wyjątkiem jeśli chodzi o pazur muzyczny, bowiem już następna kompozycja (z cichą poddedykacją dla wszystkich rybaków) –„Tuna Fish” kontynuuje niesamowitą wędrówkę po cichych i szepcących zakątkach muzyki. „Rozmiłowała się ma dusza..” pisał poeta, teraz wiem, co miał na myśli, bo ta słodka chilloutowa melancholia, jaką wokalistka nam oferuje trafia wprost do serca. Na pożegnanie Emiliana pozostawia nam jeszcze 2 nastrojowe i leniwie płynące piosenki.

To nie była miłość od pierwszego wejrzenia, żeby naprawdę poznać uroki jej powabnego głosu musiałem wsłuchać się w płytę jeszcze kilka razy, ale która płyta trip-hopowa tego nie wymaga? Jeśli mielibyśmy już zamykać krążek w ramach gatunkowych, to stanowi alternatywny trip-hop pełen akustycznych, może nawet klasycznych brzmień z domieszką elektroniki. W prostej linii płytę trudno zaliczyć go do tego typu muzyki, nie kojarzy się z zadymionymi pubami i DJ-em samotnie sunącym po swym sprzęcie. Po wysłuchaniu „Love..” rzeczywiście nasuwają się skojarzenia ze stylistycznym pokrewieństwem z krajanką Emiliany, jednak na tym się kończy. Na pewno nie jest to kopia „Debut” czy „Post”, które nadal nie muszą się bać o stracenie żółtej koszulki lidera.

Płyta jest naprawdę godna uwagi i myślę, że od czasu do czasu powinna podręczyć głośniki sprzętu grającego każdego fana trip-hopu, ba… każdego fana dobrej muzyki. Emiliana jest jak czarny łabędź spisujący swój pamiętnik, pełno w nim ciepła i nastrojowości, ale także pewnego mroku i demoniczności. Sam tytuł przemawia, że Emiliana szuka i chce zachować w XXI w. to, co najważniejsze i ponadczasowe. Czymś takim są na pewno miłość i muzyka.

Rafał Maćkowski (el.greco)

Podobne

Komentarze: