Digit All Love "Digit All Love"

digitallloveKiedy kilka tygodni temu wspominałam o zbliżającej się premierze debiutanckiego albumu grupy Digit All Love – self titled – użyłam określenia „jedyny polski zespół, który wie jeszcze jak się robi trip-hop”. Wrocławski zespół nie istnieje od wczoraj, bo został założony już w 2005 roku i właśnie wtedy muzykę kolektywu przedstawiono mi jako „fajną trip-hopową kapelkę”. „Fajna” to za mało.
Podobno brzmienie smyczków w Portishead potrafi doprowadzić do alkoholizmu (czy innego ciężkiego nałogu), podobno maniera śpiewu Beth Gibbons to odzwierciedlenie jej permanentnej depresji – wyrażonej także w muzyce. Wspominam o tym, bo Bristolczycy to podstawowe skojarzenie przy słuchaniu tego albumu. Od samego początku mamy do czynienia ze swoistymi retrospekcjami klasycznego trip-hopu zaadaptowanego na współczesne warunki z pewnymi subtelnymi, oryginalnymi smaczkami. Podobnie jak w Portishead brzmienie smyczków podnosi ciśnienie, podobnie jak pani Gibbons, Natalia Grosiak, manieruje swój wokal wprowadzając go na płaszczyznę pewnej psychodelii i nademocjonalności. Cieszy również ukłon w akustyczną stronę muzyki czyli udział kwartetu smyczkowego – jako regularnego członka zespołu. Cieszy to tym bardziej, że kwartet smyczkowy to podgrupa, która – umiejętnie wykorzystana (przepraszam muzyków za takie przedmiotowe potraktowanie) – potrafi osiągnąć niezwykle barwne brzmienie nadające w efekcie muzyce Digit All Love specyficznego kolorytu. Pięć dźwięków w smyczkach na początku otwierającego album „Run Away” naprawdę *działa*.

Nie można jednak sądzić, że wrocławska grupa kopiuje styl archetypicznego bristol soundu tylko, na przykład, w wersji polskiej – to już mieliśmy, była Soja i temat należy zostawić. Jak już wspomniałam Digit All Love przejmują stylistykę i cechy gatunku, ale w sposób świeży i zindywidualizowany. Eklektyzm charakteru tej muzyki jest zapewne pokłosiem imponującej w gruncie rzeczy liczby muzyków w zespole i instrumentów, jakimi operują. Połączenie samplera, gitary, skrzypiec i bardzo symptomatycznego wokalu może wyjść dobrze albo źle. Jeśli ktoś nie wie, czego chce, z takiego miksu może zrobić prawdziwą maszkarę. Wrocławianie z całą pewnością wiedzą, czego chcą, bo wszystkie puzzle ułożyli w zgrabną, ładną układankę.

Nie wszystkie utwory na „Digit-All-Love” robią takie wrażenie jak „Run Away”. Przypomina mi to trochę sytuację z najnowszym albumem Husky, który ma kilka punktów zaczepnych (choć na DAL jest ich znacznie więcej), ale są momenty, w których energia, zainteresowanie i zaangażowanie słuchacza drastycznie spada. Na szczęście zdarza się to sporadycznie i raczej w obrębie wewnętrznym utworu (by poprzeć to przykładem – „Learn to be a man” – jak dla mnie kiepski pomysł na rozładowanie wzrastającej „agresji” i napięcia przez słodkopodobną melodyjkę). To tak, gwoli krótkiej dygresji na zakończenie, żeby nie było zbyt kolorowo.

Udany debiut Digit All Love to nie tylko sukces samego zespołu, ale i w ogóle polskiej fonografii. Za każdym razem gdy dostaję do recenzji polską płytę z materiałem przemyślanym, dobrze wyprodukowanym, świetnie zagranym, w dodatku w estetycznym digipacku utwierdzam się w przekonaniu, że ktoś tu jednak coś chce robić i robi – w dodatku dobrze. A Wrocławiowi – globalnie – gratuluję talentów muzycznych.

Kaśka Paluch

Jadwiga Marchwica, z-ca red.nacz | jmj [at] 80bpm.net

Podobne

Komentarze: