Cinematic Orchestra "Man With A Movie Camera"

cinematicCzy życie radzieckiego robotnika może być inspirujące? Tak, dla Dzigi Vertova, który w 1929 roku nakręcił niemy film „Man with a movie camera” poruszający właśnie tą tematykę. A czy taki obraz może być natchnieniem dla muzyków, którzy pragną stworzyć płytę? Tak, dla grupy The Cinematic Orchestra. Załoga została zaproszona do zagrania w czasie projekcji dokumentu Vertova przez organizatorów Porto European City Of Culture 2000. Wszystko zostało zarejestrowane i umieszczone na płycie, ale dopiero po kilku latach od występu, a konkretnie w zeszłym roku.

Najnowsze dzieło tej grupy jest jak sentymentalna podróż. Rozpoczyna się dźwiękami odjeżdżającego pociągu, zaraz potem słyszymy muzykę z jakiegoś starego radia charakterystyczną dla lat trzydziestych. I jak tu nie ulec czarowi i magii, którą zespół tworzy już od pierwszych utworów. Są one świetnie skomponowane i wzajemnie się uzupełniają. Po pięknym, melancholijnym „Dawn” wydaje się nam, że mamy muzyczne deja vu, słyszymy znajome nuty z „Burn Out”. Kilka utworów, a wśród nich właśnie ten, stały się inspiracją do stworzenia kompozycji na krążek „Every Day”. Oprócz dziesięciominutowego „Burn Out” ukrytego pod tytułem „The Awakening of a Woman”, którego zachwalać specjalnie nie trzeba, wśród znajomych melodii znajdziemy „All things” oraz „Man with a movie camera”, a także odmieniony „Evolution”. Jest o wiele bardziej smyczkowy, akustyczny, a przy tym niezwykle bajeczny. Stanowi o jazzowym geniuszu Cinematic Orchestry. To słodkie dochodzenie do głównego tematu muzycznego, który rozpoczynają same skrzypce, sprawia, ze można się rozpłynąć. Ale nasz pociąg, do którego wsiedliśmy dalej kontynuuje podróż po Rosji, by zatrzymać się w „Odessie”. Subtelne westchnienia fortepianu poprzedzają dwie z kolei bardzo wesołe i skoczne melodie: „Yoyo Theme” i „Theme Reprise”. Są delikatnie podszyte azjatyckimi brzmieniami, ale wciąż niezmiennie związane z jazzowymi improwizacjami, po których następuje coś w rodzaju muzycznego odwołania do epoki flower power w postaci „Yoyo Waltz”. Przynajmniej ja miałem takie odczucia. I tak, po siedemnastu muzycznych przystankach, czasem bardzo krótkich, budzimy się w fotelach i wracamy do rzeczywistości. Na koniec występu w Porto ponad 3000-sięczna widownia nagrodziła zespół niekończącą się salwą oklasków. Po wysłuchaniu takiego albumu mam ochotę zrobić dokładnie to samo…

Niesamowita atmosfera płyty podziała na każdego wielbiciela jazzowych brzmień, bardzo melodyjnych, oryginalnych i klimatycznych. Trudno o tak świetny prezent dla kogoś, kto z dziką rozkoszą słucha jazzu, jak „Man with a movie camera”, więc jeśli „Every Day” pozostawił w Twoim sercu nienasycenie lub jeśli jeszcze nie słyszałeś odkrywczej i nowatorskiej ekipy Joe`a Swinscoe`a, koniecznie sięgnij po ten album, kolejny powód do dumy wytwórni Ninja Tune. Ostatni jak dotąd krążek tej absolutnie genialnej kapeli jest zaproszeniem do muzycznej podróży w czasie tak samo fascynującej jak i intrygującej.

Rafał Maćkowski (el.greco)

Podobne

Komentarze: