Canola Tenderfoot "Winning is for losers"

canolaCo Bristol to Bristol

Sądzę, że nad przynajmniej dwoma obszarami na świecie ciąży jakaś muzyczna „klątwa”. Pierwszym obszarem jest Skandynawia, ze swoimi chłodnymi, ale przejmującymi brzmieniami, a drugim – Bristol, z ciemną, ciepłą magmą trip-hopu. Państwo Vicki i Owen Shirley już jakiś czas temu pochłonięci zostali przez bristolskie brzmienia, a stosunkowo od niedawna interesować się zaczęli bristolskim undergroundem. Co też ta miłość robi z ludźmi… Okazało się, że Vicki wystarcza Owenowi nie tylko w życiu, ale także w studio. Majstrując przy muzycznej elektronice duet stworzył album po prostu dobry.

„Canola” to imię celtyckiej bogini muzyki, natomiast „tenderfoot” to popularne określenie na nowicjusza czy raczej „żółtodzioba”. Nie wiem skąd tyle samokrytycyzmu w nazwie przyjętej przez duet, sprawia ona jednak wrażenie podejścia z pokorą do tworzonej sztuki. Poza tym, że Canola „brzmi jak Massive Attack, Portishead i Tricky w jednym”, młodzi adepci bristol-soundu wyszli nieco dalej, składając przy tym głęboki ukłon protoplastom gatunku.

Już od pierwszych sekund albumu przenosimy się nieco ponad rzeczywistość, a sącząca się muzyka ukazuje oczom naszej wyobraźni szrokie przestrzenie, z jakich muzycy precyzyjnie zbudowali swoje dzieło. Ambientowe szumy i głosy jakby zza ściany przechodzą gładko w spokojną, dopełnioną głębokim bitem materię. Vicki eksperymentuje ze swoim głosem, zmieniając rejestry i brzmienie, nierzadko przepuszczając go przez różnorakie efekty, dzięki czemu jej spokojne ballady wyłaniają się z powietrza i zaraz rozpryskują, jak bańki mydlane. Muzyka Canoli nie jest jednak zawieszona w próżni. Wręcz przeciwnie – głębokie, nawet dość mroczne brzmienie gitary daje solidną podstawę, pulsujące podłoże, na którym piętrzą się zgrabnie poukładane brzmienia smyczków, perkusji, delikatnych plusków fortepianowych obok wpasowanych zgrzytów, świstów, ćwierkania ptaków i najrozmaitszych niedookreślonych dźwięków, stworzonych dzięki możliwościom elektroniki. Dodajcie do tego snujacą się męską recytację, przepuszczoną przez szum starego winyla, a otrzymacie ten specyficzny, kolorowy krajobraz ulepiony ciepłymi dłońmi Vicki i Owena.

Fani starego, dobrego trip-hopu sprzed lat powinni być usatysfakcjonowani. Dzisiejsi spadkobiercy bristolskiej tradycji spisują się dobrze, a nawet coraz lepiej, czego niezbitym dowodem są poczynania państwa Shirley. Nie jest to co prawda depresyjne, owiane papierosowym dymem Portishead, ale ciepłe muzyczne krajobrazy również dają szansę cichego zapadnięcia się w ciepły fotel.

Jadwiga Marchwica

Podobne

Komentarze: