Boogie Brain 2008

22-23 sierpnia 2008, Szczecin

Yes sir, I can boogie!

„Tak” dla współczesnej muzyki klubowej i „Nie” dla kultury masowej – tak w skrócie zapowiadany był zupełnie nowy festiwal utrzymany w „naszych” klimatach. Boogie Brain, bo o tym wydarzeniu mowa, to nie tylko ukłon w stronę fanów brzmień sygnowanych przez 4 Hero, LTJ Bukem czy Slope ale również spora przysługa dla samego miejsca, w jakim festiwal miał się odbyć. Do tej pory Szczecin (w przeciwieństwie do innych większych miast) nie stanowił obowiązkowego przystanku w trakcie tras muzyków, którzy w ostatnim czasie bardzo ochoczo zaglądali nad Wisłę. Przykładem tego, jak dzięki festiwalowi miasto może złapać drugi oddech, jest chociażby Gdynia, a także depczące jej po piętach Mysłowice. Jednak na biegunie przeciwnym do tych rozpędzających się machin jak Open’er czy Off lokują się imprezy potrzebujące trochę więcej zaufania. Boogie Brain ze swoim ambitnym zamierzeniem, kuszącym line-upem i ciekawą przestrzenią festiwalową zapowiadał się na tyle interesująco, iż postanowiliśmy zajrzeć do Szczecina. Przede wszystkim po to, aby sprawdzić, czy festiwal będzie sezonową ciekawostką czy zalążkiem zupełnie nowego, regularnego przedsięwzięcia.

Szczecin trochę zmienił się od czasów, kiedy jeszcze jako brzdąc pojawiłem się w nim ostatni raz. Miasto oglądane z perspektywy osoby z zewnątrz powracającej do niego po latach sprawia wrażenie dynamicznego, rozwijającego się organizmu. Wydawałoby się, że jest to miejsce idealne na wydarzenie pokroju Boogie Brain. W ciągu całego pobytu odniosłem jednak wrażenie, że to, co działo się w Parku Kasprowicza żyło swoim życiem, zaś reszta Szczecina funkcjonowała po swojemu. Być może to kwestia wielkości miasta, w którym łatwiej się jest „rozmyć” wszystkim przybyłym, może brak zaufania dla debiutującej imprezy, ale brakowało mi tego, że atmosfera muzycznego święta nie zalała tego miejsca. Organizatorzy nie wystrzegli się poza tym kilku książkowych błędów popełnianych w różnych miejscach naszego kraju przy okazji takich wydarzeń. Chociażby sama rozpiska występów, naiwnie zakładająca, że w ciągu godziny zespół zagra, spakuje się i da czas na przyniesienie sprzętu potrzebnego na następny koncert. W związku z tym osoby, które pojawiały się tylko na konkretne gwiazdy, mogły się rozczarować. Po drugie (i to wiąże się z problemem tego „oderwania” Szczecina od Boogie Brain), brakowało mi jakichkolwiek oznaczeń, jak trafić na miejsce przeznaczenia. Trzeba było więc polegać na wiedzy tubylców lub własnej intuicji. Na koniec tej krótkiej litanii należy wspomnieć o nagłośnieniu. Przez pierwsze koncerty byłem pozytywnie zaskoczony. Czyżby szykował się festiwal bez problemów technicznych? Niestety potem niskie tony wymykały się od czasu do czasu spod kontroli. Ale to akurat reguła na polskich koncertach.

Jak było z frekwencją? Nie spodziewałem się większych tłumów, zresztą Amfiteatr to miejsce, w którym ludzie byli trochę porozrzucani. Dzięki temu koncerty odbywały się bez większego ścisku pod sceną. Nie bylibyśmy w Polsce, gdybyśmy nie natrafili na ludzi przypadkowych lub takich, dla których wystarczającym powodem do gwizdów jest instalacja sprzętu przez dłużej niż 5 minut. Jednak suma sumarum festiwalowa publiczność zasługuje na całkiem przyzwoite noty i należy pochwalić ją za ciepłe przyjęcie zaproszonych wykonawców.

To, co bardzo przypadło mi do gustu, to fakt, że organizatorzy nie skoncentrowali się wyłącznie na doprowadzeniu do skutku kilku występów. Boogie Brain to także warsztaty didżejskie, kino festiwalowe i dodatkowa scena na Jasnych Błoniach. Szkoda tylko, że nie cieszyły się one zbytnią popularnością wśród festiwalowiczów.

Przejdźmy jednak do sedna, czyli do samych dźwięków. Dobrze wiemy, że najtrudniejszy jest pierwszy krok, ale na szczęście honorowe „przecięcie festiwalowej wstęgi” powierzono duetowi L.U.C. i Rahim prezentującemu materiał z „Homoxymoronomatury”. Występ na pograniczu performanceu był bardzo zajmujący. W zasadzie nie wiedziałem, czy spoglądać na wizualizacje (bardzo dobre, nie tylko podczas tego koncertu), gonić wzrokiem za szalejącym i charyzmatycznym L.U.C.’iem czy po prostu cieszyć ucho dobrą muzyką. Było to otwarcie w dobrym stylu i mimo niezbyt pokaźnego audytorium okazało się być najlepszym polskim akcentem festiwalu. Trochę zastanawiał mnie klucz, a właściwie jego brak, przy doborze rodzimych wykonawców, którzy w formułę festiwalu po prostu się nie wpisywali. Pink Freud wyszli z założenia, że będą robić swoje i zagrali klimatyczny recital z bonusem przewidzianym specjalnie na tę okazję, ale już Dick4Dick wrzucony pomiędzy house’owy set a nu-jazzowy koncert okazał się poważnym zgrzytem. Nie znaczy to, że udało im się zdobyć publiczności, która z wręcz szaleńczą radością zareagowała na pierwsze dźwięki „Technology”.

Pierwszego dnia festiwalu zobaczyłem nowe wcielenie Yarah Bravo – równie filigranową i niepozorną wokalistkę, tyle że obdarzoną orientalną urodą i nazywającą się Lady Free. To dzięki jej udziałowi piątkowy występ Nooki’ego okazał się jednym z najjaśniejszych punktów festiwalu. Żywiołowość, bezpośredniość i talent piosenkarki połączony z szaleńczym i przebojowym drum’n’bassem okazały się idealnym połączeniem. To była godzina świetnej zabawy, która przyciągnęła pod scenę wiele osób dotychczas usadowionych w ławkach Amfiteatru. Nookie pojawił się na scenie również w sobotę, tym razem z house’owym projektem Urban Deep – o wiele grzeczniejszym i mniej wybuchowym, ale za to wzbogaconym gościnnym udziałem Wiosny.

Energiczna Lady Free zdobyła nie tylko moje serce. Tuż po jej występie pojawiła się jedna z największych gwiazd Boogie Brain, czyli 4 Hero w osobie Marc Maca. Jego set okazał się dla mnie największym rozczarowaniem na przestrzeni tych dwóch dni. O ile muzycznie (stylowa mieszanka gatunków) mógł się jeszcze wybronić, tak postać MC MG nie wzbudziła we mnie nic prócz irytacji. Stały towarzysz 4 Hero do perfekcji opanował jedynie taniec z butelką wody mineralnej i sztukę konwersacji z tańczącymi pod sceną. W pewnym momencie postanowił wysłużyć się Lady Free i zaprosić ją na scenę. I w tym momencie wypłynęła kolejna zaleta wokalistki: umiejętność improwizacji. Problem w tym, że otrzymaliśmy powtórkę sprzed kilku minut z jej występu z Nookiem, a nie gig, jakiego oczekiwałbym od 4 Hero. „Les Fleur” odegrane na koniec niewiele tu wskórało…

Dwa ostatnie epizody pierwszego dnia odbyły się przy stale wykruszającym się gronie słuchaczy i ustępującym deszczu, który jest stałym punktem niejednego festiwalu. Pierwszy był udziałem prawdziwych wariatów z kolektywu Jazzstepa. Chociaż ich muzyczne eksperymentowanie nie przypadło mi aż tak do gustu, to z zainteresowaniem obserwowało się to, co też trio za chwilę zrobi. Zupełną przeciwwagą dla ich wygłupów był powiew dubstepu od Mali z Digital Mystikz. Pragnienie prawdziwego miejskiego brzmienia, które linią basu wkręca się w organizm zostało zaspokojone nawet z nawiązką.

Bardzo przyjemnym łącznikiem pomiędzy piątkiem a sobotą była parada Bloco Pomerania. To było show w iście brazylijskim stylu, które przyciągnęło wszystkich, którzy zajrzeli na Jasne Błonia i przeniesienie imprezy z powrotem na Jasne Błonia. Sobotni dzień festiwalowy otworzył duet Slope. Pierwsze część setu utrzymana była w elektronicznej stylistyce, druga z udziałem wokalisty Colina Corveza brzmiała już bardziej klasycznie i klubowo. Prawdę mówiąc, nie podejrzewałem berlińczyków o taką energię, a jednak udało im się skutecznie rozbujać dopiero co napływającą publiczność. A jeśli mowa o różnego rodzaju kołysaniu się, to nie sposób nie wspomnieć o dubowym secie Marka Ernestusa. Tu, w przeciwieństwie do 4 Hero sytuację ratował wokalista. Tikiman za mikrofonem brzmiał jak Horace Andy za młodu, niestety dźwięki generowane, a raczej odtwarzane z laptopa przez Marka były nadzwyczaj ospałe. Odniosłem wrażenie, że muzyk grał tej nocy od niechcenia i nie wysilił się na nic szczególnego.

Każda impreza tego typu ma swojego czarnego konia. W przypadku pierwszej odsłony Boogie Brain okazał się nim Mark de Clive-Lowe. Jego występ rozpoczął się niepozornie, ale w miarę pojawiania się na scenie kolejnych muzyków, w tym dwójki wokalistów, dawka pozytywnych brzmień w Amfiteatrze przekroczyła dozwoloną ilość. Okazało się więc po raz kolejny, ile warty jest zespół grający na żywo (wielka szkoda, że 4 Hero nie przyjechali w takim składzie) i jakie doznania gwarantuje. Największą zaletą tego występu była jego niewiarygodna sympatyczność. MC od razu nawiązał kontakt z publicznością, zaś Bembe Segue czarowała swoją mocną barwą. Mnóstwo ciepłych nu-jazzowych, ale zagranych z koncertowym impetem, dźwięków sprawiło, że mieliśmy do czynienia z występem bezbłędnym i niewiarygodnie odprężającym. Kto miał okazję ich zobaczyć, a tego nie zrobił, powinien gorzko żałować.

Przewidziany z kolei na finał festiwalu set LTJ Bukema z MC Conradem okazał się dowodem na to, że faworyci też potrafią dobrze zagrać. Nie posądzałbym ambasadora łagodnego The Good Looking, że jego występ okaże się drum’n’bassowym piekłem pełnym dobrych wibracji, szalonego tempa i należytego wsparcia MC. I to do tego stopnia, iż miało się wrażenie, że duet dosłownie zawładnął publicznością. Właśnie takiego mocnego akcentu było nam trzeba na zakończenie imprezy.

W Boogie Brain najważniejsza jest energia. Zarówno ta wysyłana ze sceny jak i ta krążąca wśród publiczności. Przewagą tej imprezy nad bardziej mainstreamowymi festiwalami jest to, że z założenia nie schlebia gustom szerokiego grona słuchaczy, a mimo to stwarza świetną okazję do obcowania z muzyką na bardzo wysokim poziomie. Radziłbym przyglądać się temu, jak festiwal będzie się rozrastał i ewoluował. Po obiecującej pierwszej edycji, należy wiązać z nim spore nadzieje. Trzymamy kciuki.

Rafał Maćkowski

FOTORELACJA

4 Hero

LTJ Bukem & MC Conrad

Mark De Clive-Lowe

Jazzstepa

Nookie & Lady Fee

Mala & SGT Pokes

Mark Ernestus & Tikiman

Urban Deep

Pink Freud

L.U.C. & Rahim

Dick4Dick

Podobne

Komentarze: