Belleruche "Turntable Soul Music"

bellerucheCzarna czerwień.

Historia powstania Belleruche jest prawie tak niezwykła jak głos wokalistki zespołu – Kathrin deBoer. DJ Modest oraz gitarzysta Ricky Fabulous znali się już dość długo, grywali razem w knajpach, jeździli po Wielkiej Brytanii, kiedy na ich drodze stanęła Kathrin. Dosłownie „stanęła” ponieważ wpadli oni na siebie w supermarkecie, ta zaś – szalona i nieokiełznana dusza – oczarowała ich niepohamowaną chęcią śpiewania w każdej sytuacji. Może to jej głos – zdecydowany, o czarnym zabarwieniu – zadecydował o powstaniu zespołu.
Belleruche łączą trzy muzyczne pasje, czy raczej – miłość do trzech elementów: gatunku muzyki soulowej i bluesowej, magii płyt winylowych oraz zabawy w elektroniczne przekształcanie wszystkiego, co da się nagrać. „Turntable Soul Music” to chyba zatem najodpowiedniejszy i najprostszy tytuł, jaki można było wymyślić dla debiutanckiej płyty tego zespołu. Zawiera w tych trzech słowach całą jego ideę.

Turntable. To, co najbardziej lubią i podkreślają miłośnicy odtwarzania muzyki z płyt winylowych, to własna, cicha muzyka krążka – trzaski, szumy, szmery, których nie da się ani uniknąć ani nie lubić. Materiał na płycie Belleruche przepuszczony jest właśnie przez taki szmer i gdyby nie to, że dobrze wiem, skąd dobiega muzyka, byłabym przekonana, że słucham nagrania na winylu (tak zresztą też został wydany ten album). Ponadto muzyka Belleruche to w głównej mierze sample wycięte jakby ze starych bluesowych i jazzowych nagrań. Słyszymy zapętlone motywy na trąbkach, całych zespołach dętych blaszanych, fortepianie. Wszystko dobarwione jest delikatnie elektroniką, która idealnie wtapia się w ten klimat, oraz akustyczną gitarą – raz dającą mocny, drżący bas, to znów wysuwającą się nieśmiało na pierwszy plan.

Soul. Tu oklaski i głębokie ukłony kieruję do Kathrin. Jak już wspomniałam – jej głos jest intrygujący. Czysty i konkretny, wpadający w nutę czarnoskórych wokalistek snujących swoje historie w zadymionych barach przy dźwięku piania i cichej perkusji. Soul, blues, jazz przepełnia wszystkie utwory miękko kołysząc słuchacza, wprowadzając go w pulsacyjny trans (jak w „13.6.35”), to znów podrywając go do radosnych pląsów (pierwsze z płyty „Northern Girls” lub „Minor Swing”). Kathrin wytwarza tak barwą swego głosu jak i sposobem wypowiadania słów, swoim nastrojem bardzo konkretne klimaty. Idealnie pomaga jej w tym muzyczny podkład (jak choćby w drapieżnym „Alice”), dla wnikliwego słuchacza – może zbyt nudny i jednostajny (ale w końcu jak inaczej wykorzystać zapętlone motywy?), ale mimo wszystko – tworzący spójną całość. To dzięki niemu dobrze wiemy, czego od początku do końca można się po Belleruche spodziewać.

Music. Album na wskroś muzyczny, na wskroś melodyjny. Usłyszane z rana „Bumb” nie opuści nas, aż do momentu, kiedy przypomnimy sobie zadziorne „Oh what the hell?” z „Minor Swing”. Na poranną pobudkę, na wieczorny chill out, na szybką jazdę samochodem (najlepiej: na przestrzał przez całe Stany Zjednoczone) i na szaloną imprezę – idealny.

Jadwiga Marchwica

Jadwiga Marchwica, z-ca red.nacz | jmj [at] 80bpm.net

Podobne

Komentarze: