Barry Lynm "Balancing Lakes"

barryIrlandia. Nieprzemierzone połacie zielonych pól, piękne i łagodne wzgórza, kapryśna pogoda, owce biegające radośnie po najruchliwszych drogach, senne miasteczka i nieprzyzwoicie uprzejmi ludzie. Może obraz ten niewiele ma wspólnego z albumem Balancing Lakes. ale to właśnie z tej Irlandii pochodzi jego twórca – Barry Lynn. Młodzieniec znany nam wcześniej, jako Boxcutter, w lutym pokazał się nieco z innej strony, otwierając przed sobą drzwi dla kolejnych muzycznych smakoszy.


Próbując zrozumieć czego tak właściwie słuchają moje chłonne receptory dźwiękowe, postanowiłam przebiec się dokoła terminów muzycznych, takich jak glitch, IDM, breakcore, dubstep, 2step, dub, drum and bass…. Jest tego tyle, że czasami naprawdę ciężko zaszufladkować czyjąś twórczość jednoznacznie. Zresztą, kto dzisiaj zamyka się w jednym ściśle określonym gatunku? Nasze szalone życie pędzi w takim tempie, że słuchanie li i jedynie powiedzmy „dubstepu” znudziłoby się po jakimś czasie definitywnie. Stąd sięgamy dalej i głębiej, przerzucamy pudełka i foldery, mieszamy i urozmaicamy. Reakcją na nasze wybredne i pomieszane gusta jest wydanie swoistej „składanki”. Tak widzę najnowszy longplay Barry’ego, de facto zbiór utworów powstałych na przestrzeni lat. Krążek ciężko nazwać w jakikolwiek sposób spójnym, czy posiadającym jakąś ideę. A jednak ten brak wspólnego mianownika nie działa na niekorzyść odbioru całości.

Jeżeli chcielibyśmy się rozdrabniać na wykorzystane tu gatunki muzyczne, to musielibyśmy wymienić glitch, IDM, breakcore, dubstep, 2step, dub, a nawet drum and bass, jeżeli zaś chcielibyśmy ogólnie ukazać stylistykę albumu to pokusiłabym się o swobodne „od ambientu do szeroko pojętej muzyki tanecznej”.

Nie zrażajcie się zatem, drodzy podróżnicy, pierwszym utworem (Abort, Retry, Fail), który zapowiadać może sporą dawkę kliko-szumo-trzasków, bo tak naprawdę jest to przedsmak do rozwijającej się pulsującej i nad wyraz ruchliwej masy dźwiękowej. Barry manipuluje naszymi uczuciami na wszelkie możliwe sposoby – od poszarpanych, wyciągniętych z komputerowych koszy dźwięków brudnych (obok Abort… także w nieco innym klimacie, ale wciąż lekko przerażające New Orlean), przez spokojne, kołyszące i kojące (jak chociażby magiczne, delikatne Fieldtrip (Butterfly Pair Mix)), po mocno uderzające (Loving Dub, Leafy Imprint), i finalny, ciepły po prostu dub (November Dub). Irlandczyk zdecydowanie i umiejętnie posługuje się różnorakimi efektami, dzięki czemu nawet w najbardziej poszarpanym i twardym utworze wprowadza nastrój tajemniczości i mglistości (LTI).

Można by tu spokojnie opisać każdy z utworów, odnajdując w nich coraz to nowe walory i przesłania i kiwając z uznaniem głową nad zdolnościami Barry’ego i prawidłowym wyborem artysty, jakiego dokonało Planet Mu. Mnie pozostaje jedynie uspokoić szanownych słuchaczy: jeżeli słyszeliście już, że album jest zbliżony w charakterze bardziej do składanki niż ciągłego longplaya, to w tym wypadku potraktujcie to in plus. Warto poznać.

Jadwiga Marchwica

Podobne

Komentarze: