An On Bast "Welcome Scissors"

anonbast1ano jest jak postawienie sobie zadania, jak dążenie do urzeczywistnienia marzenia i wystarczy je sformułować w głowie lub mówiąc o tym komuś „chcę zrobić album, z prawdziwą okładką i w plastikowym pudełku”. Wtedy zmienia się zupełnie perspektywa działania. – Tak Ania Suda czyli An On Bast opowiadała mi o przyczynie nagrania płyty i wydania jej własnym sumptem. Bo „Welcome Scissors” nie podlega żadnej wytwórni czy net-labelowi, jest indywidualnym, osobistym i własnym dziełem An On Bast i takim pozostanie do końca. To dość znamienne, że ostatnimi czasy artyści preferują branie całości spraw w swoje ręce, bądź pozostawiają tę „robotę” zaprzyjaźnionym małym wytwórniom. Pewnie gdyby nie takie działania, polska scena muzyczna dawno sama zakopałaby się pod ziemię. Ale nie o tym ja tutaj…

Moja przygoda z muzyką An On Bast rozpoczęła się chronologicznie nieprawidłowo, bo od usłyszenia materiału z „Happy-go-lucky” czyli jej drugiego krążka, wydanego już w małym labelu Etalabel. Dla Ani ważne jest, by album brzmiał jako spójna całość, stworzona przez jeden umysł. I rzeczywiście oba krążki są koherentne, ale od siebie zupełnie różne. Jakkolwiek na „Happy-go-lucky” panuje klimat filozoficznej zadumy i metafizyki przełożonej na dźwięki, tak jej poprzedniczka czyli płyta, którą de facto opisuję (bo mogliście się już pogubić) sprawia wrażenie bardziej surowej, twardej, a przede wszystkim dynamicznej – o ile właściwie sprecyzujemy tu pojęcie „dynamiki”. Na pierwszy plan – przynajmniej w moim osobistym odbiorze audytywnym – wysuwa się rytm. Według wielu (w tym mnie) najistotniejszy element muzyki. Opierając się na nim ciężko sprecyzować gatunek, bo ani to regularny bit, ani synkopowany break, brzmi za to jak atawistyczne, transowe bębny. Więc pal licho klasyfikacje.

Rytm wyznacza ramy i szkielet konstrukcji utworu, jednak najciekawsze jest to, co dzieje się ponad nim. Spora ilość sampli głosowych pomaga w zbudowaniu odpowiednio przyciemnionej atmosfery, filmowego klimatu. Do tego An On Bast dorzuca całą masę ciekawych i oryginalnych (zapewne dlatego, że sama je tworzy) elektronicznych brzmień. Momentami przypominają archaiczne techno, a w innych miejscach są przesycone współczesnym glitch’owym dźwiękiem. Słychać w tym wszystkim fascynację elektroniką Autechre i grunge’ową przeszłością – muzyka An On Bast sprawia wrażenie przybrudzonej, szorstkiej, a jednocześnie jest w niej jeszcze dużo przestrzeni na melodie i harmonię. Szczególną uwagę polecam zwrócić na utwór „De Profundis” – napięcie zbudowane z syntetycznego brzmienia okalającego gregoriański chór i wiolonczelę solo, dowodzi prawdziwej klasy artystki i nie jest to wyjątek na tym albumie.

W roku 2006 na polskim rynku muzycznym pojawiła się cała masa nowych płyt z muzyką elektroniczną, wydanych z większym czy mniejszym rozgłosem. Muzyka An On Bast zapewne wielu osobom przemknęła przed nosem, a szkoda, bo jest to jedno z najciekawszych wydawnictw tego typu minionego roku. Warto więc powrócić do niego i nadrobić zaległości. Obiecuję, że to będzie niezwykle przyjemne towarzystwo na ponad godzinę. Co najmniej.

Kaśka Paluch

Podobne

Komentarze: