happyWelcome to insomnia

Moja przygoda z Anną Sudą (AnOnBast) rozpoczęła się wraz ze wsłuchaniem się (bo to nie było „przesłuchanie” ale całkowite zatopienie się) w utwór Smell black. Dźwięki, które generuje An, dają wrażenie zupełnie nie-ziemskich, nie-uchwytnych i nie-namacalnych. Delikatny i niezwykle ponętny głos, który sączy zauroczonemu słuchaczowi słowa Hessego: Czy nie pojmujesz tego mój uczony panie… odciąga od zwykłego świata i wtrąca w coś metafizycznego. Witajcie w magicznym świecie AnOnBast.

Happy Go Lucky to drugi album wydany przez poznańską artystkę muzyki elektronicznej . Po wydaniu pierwszego (Welcome scissors, maj 2006) zainteresował się nią Etalabel, dzięki któremu trzymam teraz w rękach drugi krążek, wypuszczony jeszcze w tym samym roku. Ania być może nie cieszyła się szaloną popularnością (a nie słusznie), ale w październiku została zaproszona na Redbull Music Academy do Melburn, co – jak sama podkreśla – bardzo wpłynęło na jej twórczość (mogłam się o tym przekonać na polskiej edycji Akademii, podczas koncertu w krakowskim Błędnym Kole w kwietniu 2007). Cała ta wyliczanka biograficzna jest mi potrzebna do zadania jednego podstawowego pytania: jak to możliwe, że wytwórnie, koneserzy i fascynaci takiej muzyki i cały szwadron innych „zainteresowanych” jeszcze nie zachwycił się nią do szaleństwa? W ogóle tego nie pojmuję.

W natłoku elektronicznej, popowej, a ostatnio nawet symfonicznej papki, AnOnBast prezentuje nam powiew świeżości, mistycyzmu i piękna. Happy Go Lucky składa się z dziewięciu obrazów. Każdy z nich tworzy osobny świat, osobną historię, a jednak wszystkie utrzymane są w jednym charakterze, jednym wymiarze – tajemniczego niesprecyzowania. Fani wyraźnych rytmów czy czepliwych melodii nie będą zachwyceni. Ale to właśnie w braku tychże tkwi niezwykłość albumu. Już samo B flat Symphony wprowadza nas w jakiś inny świat. Słyszymy strojącą się orkiestrę, burzę oklasków…. a następnie szumy, trzaski, coś upadło i natrętnie odbija się od podłogi, gdzieś zza ściany słyszymy męski głos. Nie mogę powiedzieć, aby muzyka ta pozbawiona była rytmiczności – tak nie jest. Bardzo często pojawia się regularny bit, uwięziony jednak w charakterystycznych trzaskach (jak chociażby w Ribbons), nie wybija się on, ale jest on elementem niezbędnym. Smell black, o którym już wspominałam, oddaje dziwaczny i niezrozumiały charakter Wilka stepowego – Hessego. Do cytowanego fragmentu tekstu, Ania doprowadza słuchacza stopniowo nawarstwiając i wzmagając elementy muzyczne, posługując się tak dźwiękami melodyjnymi jak i nagranymi ze świata zewnętrznego (chrząknięcie, odgłosy kroków). Z katedralną Anhedonia (gdzie niemalże od ścian ogromnej, pustej świątyni odbijają się głosy ludzkie, muzyka smyczkowa, echo głębokiej elektroniki i świszczący wiatr) kontrastuje żywy Mundial Hit (anti-hooligans) – tu rytm wybijany przez rozjuszonych kibiców powtarza wykoślawiona elektronika, razem tworząc samonapędzająca się maszynę. Pewien niedosyt pozostawia ostatni utwór (Muckraking), jak dla mnie – niedokończony, ale może dzięki temu – pozostawiający furtkę do… włączenia krążka jeszcze raz.

Drugi album Ani Sudy przepojony jest ambientem w dobrym wydaniu. Mamy tu zatem nietylko koślawe trzaski i szumy, ale pięknie tworzoną muzykę – instrumentarium stanowią konkretne dźwięki, generowane przez samą artystkę ale także brzmienie smyczków, fortepianu obok zwykłych, codziennych: kroków, stuków, oddechów. Niezwykłością charakteryzują się też głosy ludzkie, pojawiające się nagle, jak wyłaniające się z mroku mary nocne – przepuszczone przez efekty echa, zwalniane, tłumione. Dla wyciszenia, dla tajemnicy, dla oderwania się od świata – polecam.

Jadwiga Marchiwca